O czym są „Niespokojni ludzie”? O idiotach. I nie, nie, nie! Nie myślcie, że autor zostawi Wam choćby furtkę do pomyślenia, że oto inni są idiotami, ale nie my! Nigdy nie my! To jest powieść o idiotach, jakimi wszyscy jesteśmy. Bo dorosłość przerasta w jakimś momencie każdego z nas. Bo oczekiwania własne i oczekiwania innych okazują się kamieniami, które ciągną nas na dno. Bo nic nie wiemy o wielu rzeczach, między innymi tak kluczowych, jak bycie rodzicem, bycie odpowiedzialnym, radzenie sobie z finansami i przewidywanie, jak kryzys banku na innej półkuli może wpłynąć na nas i nasz stan finansowy. Bo w końcu nie zdajemy sobie sprawę z tego, że każdego z nas dzieli od katastrofy jedna decyzja, dwie wypłaty, jeden rozwód… Dopiszcie, co chcecie.
Ja nawet nie będę ukrywać, że Backman jest moim ukochanym współczesnym pisarzem powieści, powiedzmy, że obyczajowych. Jego sposób pisania, jego widzenie ludzi i świata, w końcu jego specyficzny humor odpowiadają mi w każdym szczególe i chyba nigdy, w żadnej z jego powieści nie pojawiło się cokolwiek, co by mi zgrzytnęło, że nie bawi, że przaśne, że przesadzone.
Backman nie zawodzi, jego historie zostają w głowie na długo i wielokrotnie okazuje się, że im dłużej się o nich myśli, tym głębsze znaczenia się odkrywa.
Przy czym uświadomiłam sobie po skończeniu „Niespokojnych ludzi”, że Backman ma swój styl, ale nie napisał dwóch podobnych powieści! I niby zawsze jego bohaterami są ludzie „z ulicy”, „sąsiedzi z domu obok”, pisuje o sytuacjach, które są prawdopodobne***. Zawsze czuć, że to Backman, ale w każdej powieści jest nieco inaczej, inaczej położone są akcenty między humorem a powagą, między trudnymi emocjami a oddechem. Ale w każdym tekście jest jeden wspólny element – dokoła są ludzie, którzy mogą nas zobaczyć, usłyszeć, wesprzeć, czasami to przyjaciele z dzieciństwa, czasami całe miasteczko, czasami sąsiedzi z domu obok.
*** Jeśli ktoś mi zarzuci, że historia z „Niespokojnych ludzi” jest mało prawdopodobna, to ja się zgodzę, ale częściowo. Bo fakt – prawdopodobieństwo, że nasz sąsiad napadnie na bank jest niewielkie, ale już prawdopodobieństwo wydarzenia się tego, co było powodem tej desperackiej decyzji o napadzie, jest bardzo, bardzo prawdopodobne i pewnie nawet w tej chwili przydarza się komuś, kto mieszka gdzieś obok i wcale nie musimy o tym wiedzieć.

Ale wracamy do „Niespokojnych ludzi”. Wyobraźcie sobie, że po jednej stronie ulicy jest bank, a po drugiej blok lub kamienica. Uzbrojona jednostka najpierw wpada do banku i krzyczy, że to napad, grozi bronią i szybko dowiaduje się, że to placówka bezgotówkowa, więc z pieniędzy nici. Wypada zatem z banku i wpada na klatkę schodową budynku naprzeciwko, a tam w pierwsze otwarte drzwi, jakie widzi. Pech chciał, że mieszkanie pokazywane jest właśnie potencjalnym nabywcom, przebywa tam agentka nieruchomości i kilka zainteresowanych kupnem osób. Czyli co? Właśnie zostali wzięci zakładnicy. Wyjątkowo dziwna zbieranina. I jak to u Backmana, okaże się, że każdy z nich ma swoje problemy, a w sytuacji stresowej te problemy wyjdą na światło dzienne, będzie bardziej interesująco niż w gabinecie psychoterapeuty, bo to będzie terapia grupowa, z całą dynamiką, jaka pojawia się zawsze, kiedy ludzie mogą posłuchać innych i opowiedzieć o sobie obcym. W tym czasie policja stara się, żeby wszyscy przeżyli, a przestępca został złapany. Ale kiedy zakładnicy zostają uwolnienie, funkcjonariusze słyszą strzał, ktoś wpada do mieszkania, wdeptuje w krew i odkrywa, że… tam nikogo nie ma. I tu zaczyna się ta część, która świadczy o mistrzostwie Backmana – nikt nie jest po prostu tym, za kogo go bierzemy, nie zauważamy wszystkich elementów układanki, nie widzimy powiązań, autor bawi się z nami i na końcu prawie słyszy się „a kuku!, daliście się nabrać!”. Uwielbiam to! I od razu uprzedzę tych, którzy poczują się nieco zdziwieni początkiem i może nawet lekko zagubieni – dajcie autorowi czas, ta kolejka górska dopiero się rozpędza, za chwilę zawiśniecie głową w dół i zacznie się prawdziwa zabawa.
Ale Backman nie napisał lekkiej komedii kryminalnej o bardzo nieudolnym przestępcy. Backman napisał głęboko poruszająca opowieść o życiu, o tym, jak trudno dokonywać „właściwych” wyborów, bo w sumie, kto wie, co jest właściwe. Jak wielu ludzi czuje się samotnych, smutnych, zagubionych i czasami po prostu przeciążonych tym, co dzieje się w nich i dokoła nich. Nie jestem pewna, ale w całej powieści nie pada chyba słowo „depresja”, ale to jest opowieść o depresji, o tym, jak łatwo ją u innych przegapić, jak sprawnie potrafi dopaść swoje ofiary i jak ważne jest wtedy szukanie pomocy. I ta powieść udowadnia, że problemy ze zdrowiem psychicznym, problemy z radzeniem sobie to jest naprawdę bardzo „demokratyczna” kwestia, może dotknąć każdego i nie ma znaczenia, ile markowych ciuchów ma się na grzbiecie, jaki stan konta, gdzie się mieszka i jak duża rodzina nas otacza.

Przy czym autor pisze o tym wszystkim z taką empatią, zrozumieniem i szacunkiem dla problemu i dla ludzi, których on dotyka, że można tylko przyklasnąć. I robi to tak, że czyta się komediową opowieść, człowiek się śmieje, czasem w głos, ale jednocześnie widzi całe to drugie dno, to emocjonalne i wie, że to właśnie o tym będzie myślał przez najbliższe dni. To jest mistrzostwo świata w pisaniu o ważnych rzeczach tak, żeby miało to sens. A nie wszystkim się to udaje… Ale to jest już temat na inną opowieść, ale obiecuję, że pojawi się wpis i o tym.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
