Pozwólcie, że zacznę od wspomnienia, które pewnie nadal tkwi w głowach 24 osób z klasy G szanowanego liceum. Profesor Danielska wchodziła do sali i informowała, że dzisiaj zaczynamy omawianie nowej epoki literackiej, a to oznaczało, że możemy otworzyć zeszyty, złapać za długopis i nastawić się na to, że ona będzie nam przez 45 minut dyktować, a my będziemy przez 45 minut pisać. Całe strony. Bez przerw na rozprostowanie dłoni. I jeszcze porządnie, bo inaczej nie wypada. Wtedy było to nużące. Teraz…
Mój mąż był w tej samej klasie licealnej i gdyby mu ktoś powiedział, że teraz ma siąść i przez trzy kwadranse pisać ręcznie, to by chyba uciekł i to z krzykiem. Obecnie w zasadzie niczego nie pisze ręcznie, poza jakimiś krótkimi listami – co jest do zrobienia czy kupienia. Ja? Ja piszę ręcznie sporo, pewnie znacznie powyżej jakiejś średniej krajowej, ale przyznaję, że robię to bardzo świadomie, z wyboru. Część tego, co piszę, pewnie mogłabym wklepać w Wordzie, ale nie chcę. Pisanie ręczne ma swoje zalety i po cichu liczę na to, że jest jedną z tych rzeczy, które robię na co dzień, a które spowodują, że mój mózg – i ciało w sumie też – będą się wolniej starzeć.
Jeśli masz wrażenie, że świat kręci się za szybko, to żeby złapać oddech choć na chwilę, nie musisz fundować sobie warsztatów w pracowni garncarskiej (chociaż możesz), wystarczy kartka i długopis.
A jak tam u Was? I nie jest to pytanie, które ma wywołać jakiekolwiek poczucie winy, bo nie piszecie, albo wrażenie wyższości, bo oto piszecie i to wiecznym piórem. Och, och! Ale tak po cichutku powiem Wam, że pisanie piórem ma swoje zaskakujące zalety. Widzieliście kiedyś najpiękniejsze na świecie atramenty w kolorze lawendy albo fuksji? Nie? To ja takie mam i one są genialne, nawet zapisana nimi lista zakupów staje się radosnym dziełem sztuki kaligraficznej (nawet jeśli są to fuksjowe kulfony). To jak, piszecie, nie piszecie, piszecie tylko listy zakupów, czy zapisujecie całe strony notatek lub pamiętnika? Wy odpowiadacie sobie po cichutku, a my przechodzimy do udowadniania tego, że pisanie wcale nie jest już tak powszechne, ale ma za to niezaprzeczalne zalety.
Zacznę od tego, co uznaję za znak naszych czasów – umiejętność pisania ręcznego u współczesnych ludzi systematycznie zanika. Naukowcy używają nieco ironicznej nazwy – „era końca długopisu”. Mówi się też o problemie pokolenia Z, bo nawet 40% młodych osób nie umie pisać ręcznie, a już na pewno nie płynnie. Ja bym chyba poszła nawet kroczek dalej, bo moim zdaniem to nie tylko pokolenie Z. Starsze osoby też zapominają, jak trzymać długopis. Wolimy klepać w klawiaturę. I to jest naturalne, bo edytor tekstu daje nam więcej możliwości – poprawek, redagowania, zmiany kolejności, wyrzucenia czegoś, czego ostatecznie w tekście nie chcemy. Poza tym napisanie czegoś na komputerze zajmuje kilka minut, a napisanie tego samego ręcznie – kwadrans lub dłużej. I nigdy nikogo nie namawiałabym do tego, żeby zaczął pisać ręcznie teksty, o ile wymagają one pracy nad nimi. Sama tego nie robię. Ten wpis powstaje elektronicznie, z prędkością, jakiej nigdy bym nie osiągnęła ręcznie i już dwa razy zmieniałam kolejność akapitów i pewnie kilkanaście razy kolejność wyrazów w zdaniu. Nie ma się co obrażać na nowoczesne technologie, korzystajmy z nich do woli, ale…
Ale pisanie ręczne ma swoje zalety i pozytywny wpływ na spowalnianie naszego tempa starzenia.
Po pierwsze i w miarę oczywiste – pisanie ręczne doskonale wpływa na nasz mózg. W badaniach z 2024 roku przebadano dwie grupy osób: piszące ręcznie i klepiące w klawiaturę, uzyskując potwierdzenie, że ta pierwsza czynność aktywuje trzy razy więcej obwodów neuronalnych niż ta druga. A im więcej ścieżek pomiędzy neuronami w naszym mózgu wykorzystujemy i aktywujemy, tym lepiej dla nas i naszych umiejętności kojarzenia, myślenia itd.

Uniwersytet w Tokio w 2021 zorganizował badania, które dodały do tego jeszcze jedną zaletę – jeśli robimy odręczne notatki, to nasz mózg lepiej zapamiętuje informacje, głębiej je przetwarza, znajduje więcej związków i zależności, a na dodatek – jeśli zapiski dotyczą pojęć abstrakcyjnych, to lepiej takie pojęcia rozumiemy. Czyli jeśli mamy zrozumieć coś dziwnego, trudnego, przemyśleć coś, to lepiej to zrobić „na piśmie” i to „na piśmie odręcznym”. Podobnie jeśli mamy przed sobą jakieś zadanie kreatywne lub problem do rozwiązania – pisanie na kartce pobudza mózg, a przez to również wyobraźnię i koncentrację.
Naukowcy podkreślają też, że długopis i kartka dają naszej głowie sygnał, że oto ma się skupić na tu i teraz, myśli mają nie galopować, nie sprawdzamy co pięć minut powiadomień w telefonie, czas zaczyna płynąć inaczej. Tak naukowo mówiąc, następuje włączenie w naszym mózgu układu siatkowego (RAS). Najłatwiej porównać go do sprawnie działającego czujnika, który wysyła sygnał, że oto to, co się właśnie dzieje, czym się zajmujemy, jest ważne, mamy się na tym skupić i odciąć wpływ bodźców zewnętrznych. Pisanie na klawiaturze nie ma takiego efektu.
I pewnie jeśli pamiętacie choćby podstawowe informacje z biologii, to kojarzycie fakt, że nasza lewa i prawa półkula są odpowiedzialne za inne kwestie. I jeżeli robimy coś, co jednocześnie angażuje obie półkule, to jest to bardzo korzystne dla nas jako organizmu składającego się z ciała i umysłu. Lewa półkula przy pisaniu odpowiada za logikę i dobór słów, prawa pracuje ciężko nad wizualizacją liter i opanowaniem przestrzeni na kartce, do tego zależnie od tego, czy jesteśmy prawo- czy leworęczni, to adekwatna półkula kontroluje sam fakt tego, że nasza ręka wykonuje ruch i kreśli piękne lub wspomniane na początku bardziej kulfoniaste litery. A skoro tak, powstaje stan wewnętrznej harmonii – półkule współpracują. A od takiej współpracy już bardzo blisko do osławionego stanu „flow” – idealnej harmonii myśli i ruchu, działania i myślenia, kiedy zapominamy o całym świecie, całkowicie pochłania nas to, co robimy i mamy wrażenie, że coś się „samo dzieje”, „płyniemy” (podobne stany można uzyskać także przy malowaniu czy rzeźbieniu, ale też robieniu na drutach, szydełku lub tkaniu).
A po trzecie i wcale nie takie nieważne – pisanie ręczne poprawia naszą motorykę, sprawność dłoni, a jak się jeszcze pilnuje tego, żeby pięknie, prosto siedzieć, to może mieć wpływ na całą górną część naszej sylwetki. Czy ja coś mówiłam, że to opóźnia starzenie? Mówiłam i to jest kolejny element tego opóźniania.
Pisanie jest też świetną propozycją dla osób, które czują, że powinny zafundować sobie w ciągu dnia chwile wytchnienia. Poranne pisanie pamiętnika, dziennika wdzięczności albo jakakolwiek forma zapisywania naszych myśli może być zbawienna jako początek dnia i da nam oddech, wyciszenie, zakotwiczy nas w tym wspomniany tu i teraz, a przez to uzbroi nas w supermoce – będzie nam łatwiej w ciągu dnia odzyskiwać spokój w sytuacjach stresowych, będziemy mieli do czego wrócić myślami, kiedy poczujemy znużenie.
A jeśli jesteście osobami, którym wszyscy powtarzają, że powinny medytować, a wy na samą myśl o siedzeniu w bezruchu i przyglądaniu się z oddali swoim myślom (które szaleją jak stado zwariowanych małpiatek) macie medytacyjny wstręt, to rozważcie pisanie, a raczej przepisywanie czegoś i nie mówię to o kaligrafii (chociaż to by było najlepsze), ale nawet powolne, świadomie wodzenie długopisem lub piórem po papierze będzie miało wpływ uspokajający i wyciszający.

Ręczne pisanie to także świetna odtrutka na przebodźcowanie cyfrowe i mówi się o nim jako o elemencie „slow life”, czyli życia, które ma nam dać odetchnąć od wariactwa zbyt szybko kręcącego się świata. Są nawet tacy, którzy wybierają długopis czy pióro i głośno mówią, że to jest ich sposób na bunt w „zaklikanym” świecie ekranów. Ale pisanie postrzegane jako element „slow life” ma w sobie kilka cech, które w obecnym świecie rzeczywiście stają się luksusem.
Po pierwsze dajemy sobie luksus spędzania czasu spokojnie, bez pośpiechu i bez poczucia, że go marnujemy. Zrobienie notatek w wersji audio w telefonie i zamiana ich na tekst – 3 minuty. Zapisanie tego samego na kartce i przemyślenie tego, co się zapisuje – kwadrans. Kwadrans na oddech.
Po drugie, pisząc, dajemy sobie luksus jednego zadania, nie wymagamy od siebie podzielności uwagi. Tu nie ma kilku okien w przeglądarce, nie ma migających powiadomień, jest kartka, my i brak rozpraszaczy. Możemy najpierw nauczyć się żyć bez strachu FOMO, czyli tego, że nas coś ominie. A w kolejnym kroku docenić JOMO, czyli zacząć odczuwać radość, że nas coś naprawdę omija i bardzo dobrze (bo czy naprawdę musimy wiedzieć o kolejnej internetowo-celebryckiej dramie?).
Po trzecie „slow life” pokazuje nam, jak ważne jest nauczenie się na nowo korzystania ze wszystkich zmysłów, zauważania smaków, zapachów, faktur i kolorów. Kolor papieru, kolor długopisu, faktura kartki, miękkość okładki zeszytu – to wszystko mamy okazję poczuć i pozwolić sobie się tym zachwycić. Z tym smakiem może być ciężko, bo jednak nie polecam zjadania papieru.
Po czwarte akceptacja niedoskonałości. To szczególnie ważne dla perfekcjonistów! To, co napiszesz ręcznie, a uznasz za błąd lub coś niedoskonałego, to możesz zawsze skreślić, ale ślad zostanie. Możesz też zostawić to w takiej nieperfekcyjnej formie, świadomie i bez wyrzutów sumienia. Papier to nie edytor tekstu, gdzie można cyzelować jedno zdanie w nieskończoność i nigdy się nie przyznać, że się to robiło, bo nie ma po tym śladu. Papier uczy nas, że jesteśmy ludźmi, a nie robotami czy sztuczną inteligencją.
Poczuliście się zachęceni do kupienia sobie wyjątkowo wygodnego do trzymania długopisu lub pióra, ale nie wiecie, co możecie pisać? Wszystko!
Listy zakupów i listy zadań do zrobienia. Listy do przyjaciół i listy do ukochanych bohaterów literackich i tych ostatnich nigdy nie wyślecie, ale nie o wysyłanie chodzi. Pamiętniki, dzienniki wdzięczności, „poranne strony” zgodnie z pomysłem Julii Cameron, notatki o przeczytanych książkach i obejrzanych filmach. Możecie przepisywać ukochane wiersze i notować uwielbiane cytaty. Możecie pisać śmieszne słówka z języka obcego.
Dajcie znać, jak to jest u Was z pisaniem. Co piszecie albo czemu już nawet nie wiecie, czy macie jakiś wygodny do pisania długopis, bo króluje u Was klawiatura. A jeśli ktoś zacznie pisać, to bardzo chętnie poczytam o tym, co mu to pisanie daje. Mnie daje poczucie spokoju i powrotu do prostych rzeczy. A jeśli piszę ręcznie rzeczy związane z życiem zawodowym, to także wrażenie, że pracuję w swoim tempie i liczy się jakość i treść, a nie szybkość i „dowożenie”.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
