Sprawdziłam – pierwszy tom opowieści z Dream Harbor czytałam na przełomie listopada i grudnia 2024. Teraz zaczynam tom oficjalnie ostatni, ale już wiadomo, że w okolicach maja będzie kolejny. Dobrze się bawię? Owszem. I może ktoś napisze: „Ale to rooo-maaan-seee…” Racja. Nawet dołożę od siebie, że to romanse, które nie mają żadnych ambicji bycia napisanymi przepięknym językiem, z opisami jak z „Nad Niemnem”, w każdym tomie historia jest prosta i jasna – jest ona, jest on, jest zauroczenie i co najmniej kilka przeszkód w drodze do tego, żeby ktoś się z kimś tak po prostu związał. Aaaa, no i oczywiście są sceny łóżkowe i to w wersji dla dorosłych, chociaż nieprzesadzone, więc można mieć lekkie wypieki na policzkach, ale nie płonie się zszokowaną purpurą.

Dlaczego ja to czytam? Bo to jest ten rodzaj opowieści, który dobrze mi robi na chaos w głowie. I tak, wiem, pewnie powinnam według niektórych czytywać w takich sytuacjach poezję, ale z całym szacunkiem dla poetów i poetek, ja wolę lekko pikantne romansowe opowieści, które nie wymagają ode mnie niczego, a one same dają mi oddech, relaks i poczucie, że się odcięłam od rzeczywistości, przez chwilę pożyłam cudzym życiem, pokiwałam głową nad cudzymi problemami i pomyślałam, że świat nie może być taki zły, skoro istnieje takie powieściowe Dream Harbor, istnieje miłość pokonująca przeszkody i są dobrzy ludzie, którzy lecą na ratunek, kiedy ktoś w powieści tego potrzebuje.

Kiedy ktoś oferuje lekką, odprężającą lekturę, to nie martw się, że to nie arcydzieło literatury, czytaj, oddychaj, odpoczywaj i nie miej wyrzutów sumienia, że czytasz coś „mało ambitnego”.

Bo opowieści z Dream Harbor są bardzo „cosy”. W miasteczku największą wadą mieszkańców jest chęć dowiedzenia się wszystkiego o wszystkich i plotkowanie, członkowie klubu książki świntuszą przy dzieciach, a „czarny charakter” z pierwszego tomu napada na chłodziarki i inne sprzęty AGD. Ale to nie tak, że ci ludzie nie mają swoich problemów – mamy bohaterów uciekających przed wypaleniem zawodowym, mamy introwertyków, którzy wiedzą, że nie dają sobie szansy na znalezienie tej drugiej połowy, mamy zaskoczonych ojców, którzy dowiadują się, że mają pięcioletnią córkę, o której nie mieli pojęcia, a będą musieli postawić całe swoje życie do góry nogami i zrezygnować z dotychczasowych, światowych  marzeń na rzecz spokojnego życia w domku z ogródkiem. Tylko, że widać, że jak jest problem, to jest też ta przysłowiowa „wioska”, która spokojniej lub mniej spokojnie stoi z boku i chce pomóc. To daje nadzieję, to poprawia humor, to sprawia, że przez chwilę patrzy się na świat optymistycznej. I również dlatego to czytam, żeby nie stracić optymizmu i nie stać się zgorzkniałą kobietą, pewną, że ten świat stoi nad przepaścią.

I nie zapominajmy o tym, że każdy tom jest małym akumulatorem energii czerpanej z uśmiechu i śmiechu. Bo tu jest komicznie. Bo dialogi są pełne przekomarzania. Bo pojawiają się sceny, kiedy nie da się co najmniej nie uśmiechnąć.

Czy nie szkoda mi czasu? Nie. Nigdy nie szkoda mi czasu na nic, co jest chociaż małą cegiełką, która buduje moje lepsze samopoczucie. I nigdy, przenigdy nie dam sobie wmówić, że fakt, że to są „tylko romanse i to niezbyt wysokich lotów” jest jakiś grzechem przeciwko literackim bogom. Jeżeli wiem, że czytanie czegoś daje mi oddech, to czytam, kropka. Dla jednego to będą horrory, bo wtedy ma poczucie, że jego świat zawęża się do jednego pomieszczenia, zapomina, że cokolwiek istnieje na zewnątrz i odpoczywa od stresu codzienności (i fakt, treść powieści często też przyspiesza mu tętno, ale to są zupełnie inne emocje). Dla drugiego powieści historyczne, bo uwielbia poczucie, że przez chwilę żyje w innej epoce, jedwabie szeleszczą, lśni zastawa stołowa i znowu jest okazja do oderwania się od niezbyt radosnego tu i teraz. I jeśli dla kogoś taką odskocznią i absolutnym psychicznym resetem jest czytanie „Traktatu o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego, to świetnie. Cieszmy się, że znalazł lek na swoje „dołki i życiowe wyboje”. Bo każdy jest inny i czego innego potrzebuje do szczęścia, tego czytelniczego również.

Kiedy potrzebujemy oddechu, czytamy to, co nam ten oddech daje. Nie oceniamy innych, bo wolą inne opowieści. Jeśli kiedyś usłyszycie, że jesteście „gorsi, głupsi, mniej wysublimowani”, bo nie czytujecie czegoś tam, to przypominam Wam, że taka opinia nie ma żadnego wpływu na Wasze poczucie własnej wartości jako czytelnika a tym bardziej jako człowieka! Jest za to dość potężną czerwoną flagą powiewającą nad głową oceniającego – świadczy o nim i jego „pretensjach do włażenia na piedestały”. Niech włazi, kiedyś spadnie. Będzie go bolało, a my nadal będziemy czytywali milusie opowieści, zgodne z naszymi potrzebami i będzie nam po prostu dobrze. Albo te traktaty, bo wtedy nasza głowa skupi się na czymś innym i też poczujemy się lepiej.

A teraz szybciutko wrócimy do Dream Harbor. Poniżej macie listę tytułów z króciutkim opisem, o czym były. Niestety tylko dwa pierwsze tomy wydano w Polsce, reszta jest po angielsku. Gdyby ktoś się zastanawiał, to język nie jest trudny, dialogi codzienne, ale bez używania zwrotów czy idiomów, które sprawią, że nie wiadomo, o co chodzi. To nie „Wichrowe wzgórza” w oryginale.

– The Pumpkin Spice Café – Jeanie dziedziczy kawiarnię po ciotce, co pozwala jej uciec przed pracą w korporacji, która nagle wydaje się prostą drogą do zapracowania się na śmierć. Prowadzenie kawiarni w miasteczku, gdzie bez kawy i ploteczek nie zaczyna się dnia, jest wyzwaniem. Do tego jeden z dostawców okazuje się być przystojnym, ale zamkniętym w sobie właścicielem farmy.

– The Cinnamon Bun Book Store – Hazel prowadzi księgarnię i pewnego dnia znajduje w jednej z książek tajemniczą wiadomość. Czy dla niej? Tego nie wie, ale radosny i szalony Noah okaże się świetnym towarzyszem do odkrywania tego sekretu. I tak, Hazel jest cicha i wycofana, a Noah przystojny i szalony, a przeciwieństwa się przyciągają.

– The Christmas Tree Farm – Kira kupuje dom i farmę z choinkami, a nie lubi świąt. Co ją opętało? Chęć udowodnienia czegoś, chęć znalezienia pomysłu na siebie. Ale w domu nie działa ani jeden kaloryfer, całość mało przypomina instagramowe zdjęcia, a do tego okazuje się, że w tym domu coś lub ktoś może być zakopany. Miasteczko wysyła Bennetta, żeby zatroszczył się o Kirę i sprawdził, czy trzeba gdzieś kopać.

– The Strawberry Patch Pancake House – Archer ma plan na swoje życie i na pewno nie ma w nim miejsca na Dream Harbor i domki z ogródkiem. Jest Paryż, nagrody kulinarne i własna restauracja. Ale okazuje się, że Archer ma pięcioletnią córkę i kiedy jej mama ginie, to staje się tatą w ciągu jednego dnia. Restaurację zamieni na naleśnikarnię, a pomocy poszuka u Iris, która sama wie, że nie nadaje się na idealną nianię, ale nie potrafi odmówić.

– The Ginger Bread Bakery – Postacie Annie i Maca pojawiają się w zasadzie od pierwszego tomu i iskrzy między nimi zawsze i mocno. Przy czym wszyscy dokoła od dawna mówią, że powinni zostać parą i przestać się kłócić. Zbliżający się ślub Jeanie i Logana (z pierwszego tomu) sprawi, że będą musieli zakopać wojenny topór, co – jak się dobrze domyślacie – średnio im wyjdzie. Typowy motyw „enemies to lovers”.

– The Daisy Chain Flower Shop (to ten zapowiadany tom) jak sama nazwa wskazuje będzie dotyczył lokalnej kwiaciarni. Jej właścicielka ma pecha w miłości, do tego wybuchają plotki, że zamawianie bukietów ślubnych właśnie u niej też źle wróży. I wtedy pojawia się były narzeczony kwiaciarki, który planuje ślub i szuka dostawcy kwiatów. Niewinne kłamstwo, że ona też jest w związku z przystojnym architektem, zaczyna cały łańcuch zdarzeń.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

1 komentarz
  • Summa
    25 marca, 2026

    Do tych pozycji będzie pasował koreański (a jakże) serial „Hometown Cha-Cha-Cha”.
    A czy te książki nie są powtarzalne, w sensie: podobne schematy, okoliczności, perypetie? Zastanawiam się nad czytaniem serii książek czy oglądania filmów w podobnym stylu. Można tak, ale można i przepleść czymś z zupełnie innej beczki. Pewnie zależy od chwili, od okoliczności, od nastroju. I dobrze: chwytajmy chwilę 🙂

    • intensywni
      25 marca, 2026

      Serial mamy na liście do oglądania.
      A co do tej serii, to one są zaskakująco mało powtarzalne. Każdy to romans. Każdy dzieje się w tym samy miasteczku. Ale każda historia jest inna. Każdy bohater z zupełnie inną osobowością.
      I pierwsze tomy czytałam z dużymi przerwami między nimi i było ok. A dwa ostatnie czytam jeden po drugim i też nie czuję znużenia czy poczucia, że się ta powtarzalność jakoś bardziej pojawia.
      Ale ja generalnie serie zazwyczaj czytam „z przerywnikami”. Musi być coś naprawdę maksymalnie wciągającego albo napisanego tak, że to jest tak naprawdę jedna historia, tylko miałaby za dużo stron w jednym tomie, żebym czytała „jednym ciągiem”. Andrzej za to czyta serie jako całość i trochę go za to podziwiam, że jak wpadnie w jakiś świat, to nie czuje potrzeby „płodozmianu”.
      dobrego dnia
      Aga