Kiedy pisałam dla Was dwuczęściowy wpis o „Zimowaniu”, czyli czymś, co nie jest nawet w przybliżeniu tradycyjnie pojmowanym poradnikiem, to troszkę sobie prywatnie podyskutowaliśmy o sensie sięgania po poradniki jako takie. I mam dwa główne przemyślenia.
Można je streścić w jednym zdaniu złożonym – Czytanie poradników nie ma sensu (!!!), bo trzeba się w nie wgryźć, a nie po prostu przeczytać, a potem i tak wszystko zależy od tego, jak wnioski z tego wgryzania wdrożymy w codzienne życie.
Chyba najlepszym i najbardziej obrazowym porównaniem, które wyjaśnia to podejście, jest traktowanie poradnika tak samo jak podręcznika do języka obcego. Wyobraźcie sobie, że bierzecie taki podręcznik, czytacie go od deski do deski na raz i złościcie się, że nie możecie się dogadać w tym języku na ulicy. Nie możecie, bo to tak nie działa! Trzeba po kolei, partiami, robiąc ćwiczenia, powtarzając materiał i wkładając w to mnóstwo uwagi i energii, przechodząc przez poszczególne lekcje. A potem to, co niby już wiemy i umiemy, staramy się zastosować na co dzień, w rozmowach, czytając artykuły, książki, oglądając filmy i seriale, bo jeśli nie będziemy swoich umiejętności odświeżać i doskonalić, to nieużywany język zostanie w większości zapomniany i będziemy zaczynać od nowa. Jeśli poradnik ma zadziałać, to tylko bardzo podobne podejście może to zapewnić.
Kiedyś były codziennym towarzyszem, teraz sięgam po nie rzadko, ale nauczyłam się jednego – one mają sens tylko, kiedy się w nie wgryzie głęboko. Zwykłe czytanie nie ma sensu.
To teraz rozłóżmy to na czynniki pierwsze.
Ile osób sięga po poradnik, który teoretycznie powinien zmienić ich życie o sto osiemdziesiąt stopni, czyta go, odkłada i stwierdza, że od jutra na pewno zmieni to i tamto. Kiedy przychodzi to mityczne „jutro”, a jeszcze lepiej przysłowiowy „od-poniedziałek”, to okazuje się, że wiemy, co trzeba by było zmienić, ale nie bardzo wiemy, jak się do tego praktycznie zabrać. Rozczarowanie, frustracja, złość na siebie. Może się pojawić każde z tych odczuć albo i jeszcze kilka. A po tygodniu stwierdzamy, że to był głupi poradnik, bezsensowny, szkoda pieniędzy wydanych na jego zakup – przecież nic, ale to nic nie zmienił w naszym życiu. A w sumie to przez niego czujemy się tylko gorzej, bo jacyś tacy bezsilni i bezsensowni.
Wina poradnika? Autora? Ani to, ani to. To wina niewłaściwego podejścia, bo poradnik, który ma coś zmienić nie może być czytany jak powieść. Co to znaczy?
Po pierwsze, kiedy kupujemy czy sięgamy po jakiś poradnik, który wzbudził w nas emocje i mamy ochotę zmienić coś w sferze, którą opisuje, to zadajmy sobie pytanie, czy mamy wolne jakieś dwa, trzy tygodnie. Bo mniej więcej tyle będziemy z nim pracować. To nie będzie przygoda na dwa wieczory.
I to nie miejsce, ale pewnie kiedyś Wam o tym opowiem, że wybór formy poradnika ma znaczenie. Bo są takie „naukowe”, poznajemy je po ilości stron na końcu, które zajmuje bibliografia i przypisy. Oraz takie bardziej „przystępne”, gdzie ta cała teoretyczna warstwa jest zredukowana do minimum. I z obu da się wyciągnąć bardzo dużo, ale to Wy wiecie, czy musicie mieć konkret, czy lubicie wiedzieć też sporo o tym, czemu coś się dzieje tak, a nie inaczej, jakie teorie psychologiczne, jakie zasady biologii czy chemii za czymś stoją. Ale to temat na inny wpis.
Czyli głośno mówimy, że mamy czas, chęci i na tyle spokojną głowę, żeby ją włożyć na dłuższy czas w jakiś temat i mamy wybrany poradnik.
To teraz do tego poradnika dokładamy: długopisy, ołówek, kolorowe karteczki do przyklejania, spory notes i wszystko, co według Was będzie potrzebne do zaznaczania rzeczy ważnych i notowania nie tylko tego, co w treści, ale i tego, co będzie się nam w głowie kłębić po zauważeniu tych ważnych rzeczy.
I ważny moment, który wiele osób pomija – zaglądamy do spisu treści albo wprowadzenia, bo tam też często jest opis tego, co znajduje się w kolejnych częściach i czytamy, co nas czeka. Jakie tematy, w jakiej kolejności, co może od razu wyda nam się kluczowe dla nas. Po co to? Bo to zmniejsza niepokój w czasie czytania i nie powoduje, że przelatujemy galopem przez połowę, żeby znaleźć to, co wydaje nam się najważniejsze i nie zastanawiamy się, czy autor będzie pisał o tej najistotniejszej dla nas kwestii, bo wiemy, że tak, ale nie na początku.
A teraz zaczyna się prawdziwa praca. Czytamy, zaznaczamy to, co ważne. Bezpośrednio na stronach książki (jeśli to nie jest sprzeczne z naszym czytelniczym światopoglądem, a książka należy do nas) lub na kolorowych karteczkach przyklejonych w odpowiednim miejscu tekstu, zapisujemy cytaty, które nas poruszyły, pytania, które się nasuwają. Możemy się bardzo z autorem zgodzić (bo „to o mnie!”) albo bardzo z nim pokłócić („co za bzdury!”). I do tych karteczek będziemy wracać później, żeby zweryfikować, czy pod koniec czytania nadal tak myślimy. Zaznaczmy wszystko, co nas uwiera, co wywołuje nasz mocny sprzeciw a może nawet złość, bo to są zazwyczaj obszary i kwestie, które wymagają największej pracy.

Jeżeli macie wersję elektroniczną poradnika, to albo wykorzystajcie możliwość robienia tych pierwszych notatek, zaznaczania i podkreślania również elektronicznie, albo zdecydujcie, że jednak pisanie ręczne daje więcej korzyści i róbcie po prostu obszerniejsze notatki w zeszycie, mając w pamięci, że to, co zapisaliście na papierze, bardziej działa na mózg.
A kiedy kończy się rozdział, czy inna zamknięta część, to wracamy do początku, otwieramy notes, przeglądamy nasze karteczki, hasła, wykrzykniki i piszemy! Piszemy w punktach to, co ważne. Piszemy, co chcemy zmienić. Piszemy, co nas poruszyło. Przepisujemy cytaty, które powinny z nami zostać na dłużej. Piszemy! Najlepiej ręcznie, bo wtedy nasz mózg inaczej, głębiej pracuje nad takimi treściami. I nie bójcie się pozwolić sobie na zabawę – kolorowe długopisy, taśmy washi, markery, dodatkowe karteczki. Wszystko, co uatrakcyjni ten proces, jest mile widziane.
I później kolejny rozdział, a po nim kolejne notatki.
Przy czym w notatkach staramy się od razu widzieć to, co czytamy, jako materiał do przemyśleń i decyzji, co, jak i kiedy wdrożyć w nasze życie i codzienność. Bo poradnik ma coś zmienić! Zapisujemy sobie, co może się sprawdzić, co będzie łatwe, co będzie trudne, czego możemy potrzebować, żeby coś zadziałało, udało się. Dobrze jest te zapiski jakoś wyróżniać, bo to będzie dla nas później najważniejsza rzecz przy tworzeniu planu działania. Możecie je nawet zapisywać osobno, w innej części notatnika, a może nawet w innym zeszycie. Albo po prostu piszcie je innym kolorem lub w ramkach. To będą notatki „operacyjne”, które staną się fundamentem planu działania.
Widzicie już różnicę między czytaniem a wgryzaniem się?
Kiedy kończycie czytać, zaznaczać, notować i wstępnie planować, to… to tak naprawdę dopiero początek. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa praca z takim poradnikiem. I możliwe, że będziecie potrzebowali chwili, żeby pewne rzeczy przemyśleć, pewne rzeczy przetrawić i odłożycie go na chwilę, żeby wrócić, kiedy opadną pierwsze emocje i poczucie chaosu w głowie. Albo będziecie tak pełni energii, że zechcecie zmian „na wczoraj” i od razu przejdziecie do następnego kroku.
Kolejny etap to przygotowanie planu działania. Sięgamy po nasze notatki „operacyjne”, czyli wstępny plan działań i zaczynamy go precyzować, decydować, jakie zmiany chcemy wprowadzić jako pierwsze. Rozpisujemy je na poszczególne kroki z jakimś harmonogramem, kiedy będziemy to robić. Zapisujemy sobie, co chcemy dzięki danej zmianie osiągnąć. Co ona ma nam przynieść. Jeśli potrzebujemy, to wracamy do naszym pierwotnych notatek i do samego poradnika. I pamiętajcie o tej dość paradoksalnej zasadzie – im bardziej się na coś „jeżymy”, tym więcej uwagi temu poświęćmy.

I co? Koniec? Mamy plan, zaczynamy działać, czyli poradnik możemy odłożyć na półkę? A nie!
Teraz przychodzi to, co tak naprawdę najistotniejsze w długim wymiarze czasu – działanie, ocenianie efektów, szukanie powodów, że coś nie daje żadnych wyników, świętowanie sukcesów. A także zmiany planów czy harmonogramów, bo coś się nie sprawdza. Możliwe, że sięganie po dodatkowe materiały. I znowu notowanie tego, co się dzieje, co myślimy, co nam wychodzi, a co niekoniecznie.
Już na pewno rozumiecie, dlaczego zapytałam, czy macie jakieś dwa, trzy tygodnie na wgryzanie się w treść poradnika. Ale w taki sposób warto, bo przy tak aktywnym sposobie czytania poradnika i wdrażania w życie wniosków, jakie wyciągniemy z treści, jest szansa, że naprawdę coś zmienimy i to nie na tydzień ani trzy dni, a na znacznie dłużej, może na całe życie.
W tekście wspominam o dwóch wpisach związanych z „Zimowaniem”, do których linki znajdziecie poniżej.
Warto też zajrzeć do wpisu o pisaniu ręcznym i jego zaletach, bo to kwestia związana z dzisiejszym wpisem.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
