PIĄTEK

Odkryłam, co jest ostatnio moim ulubionym sposobem na totalny reset przemęczonej głowy – wciągający audiobook, puzzle i jeśli do tego mąż dorobi wielką torbę popcornu, to jestem w niebie. Wczoraj udało się przez prawie trzy godziny oddawać się takiej cudownej terapii puzzlowo-książkowej (wygodne słuchawki to podstawa!), a słucham nadal „Domu Saphirów” pani Meyer. I coś mnie w tej opowieści zaskoczyło. Tak mniej więcej w połowie autorka zdradza pewien sekret, związany z tym, dlaczego duch pana Le Bleu w ogóle się pojawił. I robi to tak, że gdybym straciła na dwie minuty koncentrację, to bym te dwa zdania przegapiła! Zazwyczaj takie „bum” to jest właśnie „bum!”, wyraźne, z fajerwerkami – oto, drodzy czytelnicy, macie kawałek układanki, który jest ważny, zauważcie, a na wszelki wypadek powtórzę ustami innego bohatera, gdybyście nie zauważyli. A tu nie. Tu po cichu, bez fajerwerków, mimochodem. Spodobało mi się takie podejście, jakby autorka ufała sobie i swoim umiejętnościom, że pisze na tyle intrygująco, że czytelnik poświęca jej opowieści maksimum uwagi.


SOBOTA

Skończyłam „Strażnika rzeczy zagubionych” i jestem tą opowieścią zauroczona (to jest chyba najodpowiedniejsze słowo) i mam wrażenie, że to jest powieść, którą można włożyć do dokładnie tej samej „szufladki”, do której trafiła u mnie „Powierniczka opowieści”. Czyli powieść obyczajowa, wbrew tytułowi tej pierwszej, sugerującemu, że mamy tam bohatera, to obie historie dotyczą kobiet i ich próby zerwania z poprzednim życiem i chęci życia inaczej, pełniej, bez strachu i bez ograniczeń nakładanych przez otoczenie i partnerów. I w obu doniosłą rolę pełnią pracodawcy tych kobiet, dający im nie tylko szanse na zmianę, ale i niezachwianą pewność, że one mają w sobie determinację i możliwości, żeby wszystko wyglądało inaczej.


NIEDZIELA

Audible miało promocję na wszystkie swoje książki… Nie lubię, kiedy „mi to robią”, bo wtedy wszystkie pozycje z naszej „wiszlisty” nagle są tańsze nawet o 80% i trudno się oprzeć. Tym razem 90% zakupów to tytuły z mężowskiej listy życzeń, ale ja zostałam szczęśliwą posiadaczką „Pachinko”, czyli sagi o koreańskiej rodzinie, o której przy okazji premiery było tak głośno, a ja jeszcze do niej nie dotarłam w żadnej formie – ani papierowej, ani audio, więc mam teraz szansę na nadrobienie zaległości. Czy ja lubię rodzinne sagi? Nie jestem od nich uzależniona, nie jestem wielką miłośniczką, ale od czasu do czasu sprawiają mi naprawdę sporą przyjemność. A o tej czytałam tyle zachwyconych opinii, że naprawdę jestem ciekawa, jak ja ją odbiorę, z tym jej dalekowschodnim klimatem.


PONIEDZIAŁEK

Gdyby ktoś chciał eksperckiej rady w kwestiach zaznaczania, robienia notatek w książkach, markerów, znaczników wszelkich, a nawet markerów w taśmach, to do mnie jak w dym! I oczywiście lekko się z siebie nabijam, ale jeśli miałabym wymienić wszystkie moje absolutnie potężne „fisie”, to ten papierniczy będzie w pierwszej trójce, no może czwórce, ale wysoko.

A skojarzyły mi się te papiernicze, zachomikowane zasoby, bo właśnie będę zaczynać książkę, która jest jedną wielką kopalnią cytatów na życie i zdecydowałam, że trzeba je zapisać. Ale przecież nie będę robić notatek w trakcie czytania, bo to spowalnia, więc będę zaznaczać na bieżąco, przepisywać później i stąd przyszły mi do głowy te markery w taśmie. Nowość w moim domu i zagrodzie, więc je przetestuję, podobno później zrywają się bez śladu, bez uszkadzania papieru… Zobaczymy. A książka to „Księga kości” Luke’a Rhineharta.


WTOREK

Kiedyś na stronie Intensywni pojawiło się pytanie, co to znaczy, że „mi coś zgrzyta w tłumaczeniu powieści”, bo takiego określenia użyłam we wcześniejszym tekście. To teraz mam doskonały przykład takiej „zgrzytającej” sytuacji. Czytam „Historyka” Kostovej, gdzie ogólnie język nie jest chyba najłatwiejszy do tłumaczenia, niby codzienny, ale jakiś taki sztywny, a momentami wręcz staroświecki, niby emocjonalny, ale w taki koturnowy sposób, do tego dialogi prowadzą głównie profesorowie uniwersyteccy, co pewnie ma jakiś wpływ na sposób mówienia, a od czasu do czasu mamy wypowiedź istoty lekko nadprzyrodzonej, kiedy można podejrzewać, że współczesny sposób mówienia opanowała, ale archaizmy i tak się pojawią. I nie jest to najłatwiejsze do czytania, mam nieustające wrażenie, że tłumacz – Michał Wroczyński – walczył i momentami walka była nierówna, ale nie zgadniecie, co mnie poderwało na równe nogi i było tym zgrzytem, który spowodował, że uznałam, że trudności trudnościami, ale i tłumacz, i korektor, i redaktor jednak nie sprostali zadaniu. Otóż pojawia się opis plaży nad Adriatykiem, dzieci piszczą, rodzice pilnują, żeby pociechy ładnie bawiły się… „szufelkami”. To się nazywa „łopatka”! Łopatką dziecię grzebie w piaseczku.


ŚRODA

Na pytanie, czy słucham podcastów o książkach, odpowiedź brzmi: „Tak, czasami i nic po polsku, i nic popularnego”. A jak się tak bardziej zastanowić, to one są bardziej o psychologii czy traumie opowiadanych jako dialogi między autorami powieści lub poradników a prowadzącymi podcast niż tak stricte o książkach. Ale za to mam jeden kanał na YT, który subskrybuję i który jest o literaturze i książkach, ale za to jest prowadzony przez Włoszkę i opowiada głównie o włoskim rynku książkowo-literackim. Gdyby ktoś był zainteresowany, to szukamy osoby o pseudonimie Ilenia Zodiaco (filmy mają też automatyczne tłumaczenie głosu na angielski, które może nie jest najlepsze, ale znośne). I dzisiaj pojawił się odcinek o dwóch włoskich pisarkach dość zasłużonych dla ichniej literatury, ale lekko zapomnianych. Jedną z nich jest Alba de Céspedes. Jej polskie tłumaczenie powieści „Wyrzuty sumienia” leży u mnie na półce od lat. Czytałam to nawet jako nastolatka i podejrzewam, że to było stanowczo za wcześnie na literaturę tak poważnie „kobiecą”. Może czas zaplanować powtórkę, tym bardziej, że dzisiejsze opowieści Ilenii o Albie spowodowały, że poczułam się zaintrygowana nią jako pisarką i nią jako osobą.


CZWARTEK

Jak pewnie wiecie, ja nie mam długiej listy „do przeczytania”, ale jest puszka do losowania kolejnych tytułów, są nowości, które zazwyczaj wpadają do czytania bez kolejki i jest stosik na stoliku nocnym w sypialni, gdzie są cztery, czasami pięć książek, które właśnie czytam. (Żeby tam była jedna, to się już od dłuższego czasu nie zdarza.) I wczoraj prawie cały stosik z sypialni powędrował na półkę w salonie i stał się stosikiem „do przeczekania”, bo okazało się, że to powieści, które mają „za duży potencjał” – potencjał stania się materiałem do przygotowania jednego z tekstów lub filmów do nowej odsłony strony „Intensywni”. Te materiały powstają i to bardzo intensywnie, ale nagle okazało się, że nie dość, że mam jakieś dziesięć rozgrzebanych tematów dotyczących już przeczytanych książek, to jeszcze w tych czekających do czytania czają się kolejne, potencjalnie interesujące w tym zakresie. A moja doba ma tyle, ile ma, a poczucie przytłoczenia nagle stało się potężne. Dlatego książki „z potencjałem” zostały odłożone, a na stoliku w sypialni pojawiły się książki „bez potencjału”. Między innymi Remigiusz Mróz „Węzeł czasu”… Przepraszam Mroza, ale z niego tekstu ani filmu o psychologii zarządzania nie stworzę… chyba, bo gdyby mi ktoś powiedział, że stworzę go z „Cleopatry”, to bym się popukała w czoło, a jednak tekst właśnie powstaje…

Ten tydzień był w książkach:

  • DOM SAPHIRÓW – Marissa Meyer
  • STRAŻNIK RZECZY ZAGUBIONYCH – Ruth Hogan
  • POWIERNICZKA OPOWIEŚCI – Sally Page
  • PACHINKO – Min Jin Lee
  • KSIĘGA KOŚCI – Luke Rhinehart
  • HISTORYK – Elizabeth Kostova
  • WYRZUTY SUMIENIA – Alba de Céspedes
  • WĘZEŁ CZASU – Remigiusz Mróz
Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(