W małym miasteczku w Utah, gdzie zimą rządzi mróz i śnieg, a ludzie zostają tylko dlatego, że nie mają innych perspektyw, mieszka Elle. Jest rok 1975, za chwilę będzie Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie, a Elle nawet nie ma w swoim budżecie pieniędzy na choinkę. I wie, że najbardziej zaboli to Dylana, synka, którego wychowuje sama i próbuje mu zapewnić normalne życie w tym miasteczku, do którego Dylan nie pasuje. Bo syn Elle jest czarnoskóry, a może dosadniej – jest jedyną czarnoskórą osobą w całym Mistletoe. Elle jest wdową po żołnierzu poległym w Wietnamie. Rodzice nie zaakceptowali ani miłości do męża, ani wnuka o „niewłaściwym” kolorze skóry, więc Elle wyjechała i z dużą klasą próbuje być najlepszą mamą na świecie. I wtedy w tym małym miasteczku pojawia się William, weteran, który wrócił z wojny w Wietnamie i nie uwolnił się od swoich demonów.

I tu okazuje się, że nie mamy do czynienia z romansem w świątecznym klimacie małego miasteczka. A raczej nie tylko z romansem, bo ta powieść porusza bardzo trudne kwestie – rasizmu, stresu pourazowego, bólu po stracie bliskich, cierpienia, ale też nigdy niegasnącej nadziei i przebaczenia. Czyli będzie zapach piernika i bombki na choice, ale i ciemny obraz konserwatywnego społeczeństwa, podziałów społecznych i hipokryzji lat siedemdziesiątych w Stanach. A tym bardziej wstrząsający jest ten portret, że malowany z punktu widzenia nie wielkiej polityki, a codziennego życia w małej społeczności.

Autorem „Ulicy Noel” jest Richard Paul Evans, amerykański pisarz znany z tego, że w jego powieściach chrześcijański system wartości jest widoczny i gra bardzo ważną rolę, ale nie pisze o tym w sposób nachalny, nie próbuje nikogo nawracać ani nie zakłada szat kaznodziei. Sam Evans jest mormonem i wiara w jego życiu jest ważna. Swoje powieści opiera o tak zwane „tradycyjne wartości”, więc pojawia się przebaczenie, odkupienie, siła modlitwy, rodzina i nadzieja – i wszystko to znajdziecie w tej powieści. I ja jestem dość wyczulona na zapędy „ewangelizacyjne” i potrafią mnie one koszmarnie drażnić, więc jeśli stwierdzam, że w tym tekście nie drażniło mnie nic, to znaczy, że się autorowi nie pomyliły gatunki i jednak napisał powieść obyczajową z romansowym wątkiem, a nie przypowieść odpowiednią dla publikacji nawracających tłumy. I chyba najlepszym podsumowaniem jest stwierdzenie, że nie o dogmaty tutaj chodzi, nie o krzewienie wiary, a o duchowość. A to oznacza, że nawet osoba niewierząca nie poczuje się z tymi tekstami niewygodnie.

Często mówi się, że Evans i pisarze jemu podobni tworzą w nurcie „inspirational fiction”, czyli „literatura inspirująca” – ich książki mają zapewniać odpoczynek i relaks, nawet bawić, ale również podnosić na duchu i skłaniać do refleksji. I bardzo podoba mi się „definicja”, która mówi, że czytelnik po przeczytaniu takiej powieści ma czuć więcej nadziei, niż gdy otwierał pierwszą stronę. Do tego takie powieści często zahaczają o nurt terapeutyczny (healing literature), bo pozwalają na przepracowanie trudnych tematów, korzystając z bohaterów jako tarczy, czyli mówimy o nich, analizujemy ich emocje, odnosimy się do ich zachowań, a nie musimy mówić „ja”, to dla wielu osób łatwiejsze. Do tego dorzucę Wam drugie określenie „clean read”, czyli powieści, w których wątek erotyczny nie jest przesadny, istnieje, ale tak, że można spokojnie podrzucać to każdemu, nawet młodszym nastolatkom. Do tego nie ma tam mocnych wulgaryzmów, czy epatowania przemocą.

I zdradzę Wam, że w Stanach Evans nazywany jest „królem powieści świątecznych”, ale u niego okres Bożego Narodzenia to nie tylko śliczne, lśniące tło dla tworzonej historii, ale też czas duchowego odrodzenia, czas darów i to nie tylko tych materialnych. W „Ulicy Noel” znajdziecie to wszystko i jeszcze trochę więcej.

Książka ma prawie 300 stron, ale… ale marginesy, czcionka, układ stron, więc nastawcie się, że to jest powieść na jeden wieczór. Jest relatywnie krótka, a do tego Evans używa bardzo prostego, wręcz surowego języka, gdzie dominują dialogi a nie opisy. I zazwyczaj uznaję to za wadę, ale nie tutaj – do tych trudnych emocji taki sposób pisania po prostu pasuje, bo zostawia wszystko „surowe” i pozwala wybrzmieć emocjom bez ich opisywania. One po prostu są w słowach i czynach bohaterów.

I tak mi się skojarzyło, że to jest świetne uzupełnienie do „Kobiet” Kristin Hannah, które czytaliśmy w ramach Razemczytania. Tylko tutaj, u Evansa, wojna w Wietnamie jest pokazana z perspektywy bardzo małego miasteczka i tego, jak wpłynęła na życie codzienne osób, które nigdy nie brały udziału w protestach przeciwko niej, nie patrzyły na masowe wyjmowanie trumien z samolotów wojskowych, ta wojna po cichu weszła do ich domów.

Jeśli poczuliście, że Richard Paul Evans i jego literatura mocno osadzona w chrześcijańskim systemie wartości, to coś dla Was, to podrzucam jeszcze kilka nazwisk:

– Karen Kingsbury – sporo emocji i sporo wiary, nazywana „królową chrześcijańskiej fikcji”;

– Nicholas Sparks – często przemyca w swoich tekstach chrześcijańskie podejście do wiary, miłości, przeznaczenia;

– Francine Rivers – to nieco głębsze podejście do teologii w powieściach i często napisane na nowo i osadzone w innych realiach przypowieści biblijne.

A jeśli szukacie polskiej autorki, to od razu przychodzi do głowy Małgorzata Lis, która pisze ciepłe opowieści o ludziach zmagających się z codziennością, stratą, bólem, ale z wielką dozą empatii, bez moralizowania, ale z wyraźnym akcentem położonym na kwestie wiary, przebaczenia i uzdrowienia duchowego.

Jeśli macie ochotę sięgnąć do recenzji „Kobiet” Kristin Hannah albo do wpisu, gdzie wyjaśniam, czym jest „healing literature” na przykładzie koreańskiej powieści, to linki poniżej.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(