PIĄTEK

Czemu ja w piątkowych wpisach tak często marudzę? Przypadek! I niech mi nikt nie mówi od razu: „Nie sądzę!”, proszę.

Ale dzisiaj sobie znowu lekko pomarudzę, tym razem na coś, co jest w sumie nagminne i częste, ale jakoś nie nabieram do tego dystansu i wkurza mnie za każdym razem. Kiedy lektor czyta audiobooka i on jest po polsku i napotyka słowo, powiedzmy, francuskie, to często okazuje się, że wymawia je tak, że się Molière w grobie przewraca. Jak są arabskie nazwiska w jakiejś powieści, to okazuje się, że żaden Arab nie zrozumie, co się mówi, bo lektor lub lektorka arabskiego nie znają i ich „arabski” jest daleki od poprawności. I tak, ja wiem, że to trudne, ale! Ale skoro już ktoś się podejmuje, to niech włoży trochę wysiłku i ogarnie wymowę każdego słowa, które musi przeczytać, choćby miał się dowiedzieć, jak mówić śnieg w dwunastej grenlandzkiej wersji. A co mnie skłoniło do obecnego marudzenia? „Cleopatra”!!! Jak wiecie w historii Kleopatry, siódmej tego imienia, ważny jest Juliusz Cezar. Cezar znany jest z powiedzenia „Przybyłem, zobaczyłem, zdobyłem”, co najczęściej pozostawiane jest w łacińskiej formie „Veni, vidi, vici”, co czyta się [weni, widi, wiczi]. Ale nie w tym audiobooku! Moja ukochana aktorka/lektorka Adjoa Andoh przeczytała to… panie, daj cierpliwość i może na dodatek spuść zasłonę miłosierdzia, bo… „łeni, łidi, łiczi”. Kurtyna!


SOBOTA

Nie mam książki na weekend w ten weekend! I nawet nie mogę powiedzieć, że nie wiem, jak to się stało, bo wiem. Najpierw wyjęłam z półki „Ulicę Noel” i zrobiłam to w czwartek, z zamysłem, że będzie na weekend, ale… przeczytałam w jeden wieczór, a potem doszłam do wniosku, że w sumie mam dwie grube, rozgrzebane lektury, więc nie będę już szukać innych, postaram się skończyć. Z jedną z nich udało się to nawet w piątek. I zostałam z „Historykiem”, więc… możliwe, że jednak będę dzisiaj przeczesywać półki w poszukiwaniu czegoś weekendowego, bo jednak ponura historia o Drakuli jakoś mi nie pasuje na relaksacyjne weekendowe wieczory. Może ja powinnam sobie nazbierać takich weekendowych powieści, ułożyć stosik na półce w salonie i podbierać, kiedy będą potrzebne, bez konieczności długiego zastanawiania się i chodzenia od półki do półki, co by tu sobie… Niezły pomysł!

P.S. Stosik weekendowych lektur powstał, całkiem słuszny. Z zasadą, że jeśli coś zabieram do czytania, to dokładam kolejną potencjalną weekendową powieść, żeby ilość się nie zmieniała.


NIEDZIELA

Jest taka powieść Zygmunta Miłoszewskiego, która leży w domu od lat i nie sięgam po nią, chociaż w momencie kupowania bardzo mnie ciekawiła, ale powiedzmy, że potem miałam z nią bardzo negatywne osobiste skojarzenia i sama myśl o jej czytaniu jakoś mnie odrzucała.

Ale dołożyłam ją do „Weekendowego Stosu” i nastawiam się, że czas w końcu zapomnieć o emocjach, które nie mają nic wspólnego z książką jako taką i w końcu ucieszyć się panem Miłoszewskim i jego „Jak zawsze”. To lekko komediowa, ale nie pozbawiona głębi opowieść o parze z pewnym stażem, która budzi się i uświadamia sobie, że oto dostali szansę na przeżycie swojego związku jeszcze raz. Pytanie, czy będzie lepiej, gorzej, inaczej, czy może „jak zawsze”?

Opinie czytających są od: „Nie rozumiem tej książki”, „Męczyła mnie” i „O co te zachwyty?” po „Przeczytałam ją już trzy razy”. To ja sobie w końcu, po latach od premiery sprawdzę sama, czy ja się zachwycę.


PONIEDZIAŁEK

Ja nie wyjdę z tego Egiptu i przez to Wy też nie. Ale miewam takie okresy w swoim czytelniczym życiu, że jak w coś wpadnę, to za nic nie chcę wyjść, bo mi dobrze. A w starożytnym Egipcie zawsze mi było dobrze, intrygująco i nigdy się nim nie znudzę. Ale dzisiaj przynajmniej nie o Kleopatrach. Jeszcze w rodzinnym domu była cała seria powieści pisarzy czeskich, wydawało to chyba Wydawnictwo Śląskie i rodzice pilnowali kupowania każdego tomu. A wśród nich coś, co czytałam wiele, wiele lat temu, potem z rodzinnego domu zostało przywiezione i chyba czas na powrót do tej, również egipskiej, opowieści – „Pisarz faraona” pana Pludka. Tytułowym faraonem jest jeden z moich historycznych ulubieńców, czyli Amenhotep IV Echnaton, faraon reformator religijny, który nagle doszedł do wniosku, że wprowadzi wiarę w jednego boga i… prawie mu się to udało. Jednak nie docenił determinacji kapłanów, bo w sumie jego reforma w nich uderzała najbardziej. Książka uznawana od wielu lat za najlepszą powieść historyczną napisaną przez Czecha i polecana jako świetna opowieść o tamtych czasach, z intrygującą akcją i mnóstwem wiedzy przemyconej mimochodem.


WTOREK

Czytam „Węzeł czasu” Remigiusza Mroza i czeka Was co najmniej „soczysta” recenzja, bo mi się zbiera i to sporo. Ale dzisiaj o takim drobiazgu jak słowo „podkurek”. I to trochę pokazuje, jak ja czytuję powieści… Bywam dziwna, bo coś mi się rzuci w oczy i czym prędzej pędzę do laptopa, żeby sobie o tym poczytać, dowiedzieć się więcej i czasami udowodnić sobie, że moje „wydaje mi się” jest sensowniejsze niż „wydaje się autorowi”.

Otóż niemiecka gospodyni bohaterek sugeruje, że zrobi im „podkurek” i tu mnie zatrzymało, bo podkurek jest staropolski, a gospodyni ma wybitnie niemieckie nazwisko, a nawet jeśli pod tym nazwiskiem drzemie polska dusza, to… ten podkurek jakoś mi nie pasował. To lekko śmieszne słowo było w powszechnym użyciu w dawnej Polsce, głównie w okresie staropolskim, a na przełomie XIX i XX wieku zaczęło zanikać. I odnosiło się do pory tuż nad ranem, kiedy „piał kur” i jedzono jeszcze coś przed bardzo późnym położeniem się spać zazwyczaj po balu lub całonocnej pijatyce. I teraz wracamy do roku 1931 i Opola, a raczej Oppeln, które wtedy znajdowało się w granicach Republiki Weimarskiej i dominującym językiem urzędowym był niemiecki i podobnie z językiem używanym na co dzień na ulicy. Ludność polskiego pochodzenia używała częściej gwary opolskiej niż staropolskiego. Czyli częściej by ktoś usłyszał „frysztyk”, czyli śniadanie dowolnie wczesne, niż ten podkurek.

Podkurek mógł się pojawiać w słownictwie osób bardzo dobrze wykształconych i czytających polską literaturę klasyczną, gospodyni naszych bohaterek jakoś mi do tego nie pasuje. Osób, które chciały dbać o polskie tradycje tych ziem i były związane ze środowiskiem „Nowin Codziennych” – znowu gospodyni jakoś się tak nie kojarzy. Albo osób z rodzin o pochodzeniu szlacheckim i takie rodziny w regionie mieszkały, ale… tak, znowu chyba pudło.

Bo może okaże się, że Frau Pollhüber okaże się agentką polską na ziemiach opolskich, taką starej daty, co to wszystkich trzyma żelazną ręką, a jak ma dobry dzień, to gotuje kompoty i przygotowuje podkurki. Ale obawiam się, że się Remigiuszowi Mrozowi coś jednak pomyliło…


ŚRODA

Trylogia sci-fi Hugh Howeya “Silos” stała się dzisiaj źródłem moje wielkiej radości, a raczej nawet nie cała trylogia a tytuł pierwszego tomu. Po polsku wydawca zdecydował się na „Silos”, czyli powtórzenie nazwy całej serii, ale w oryginale tak nie jest! W oryginale jest „Wool”, czyli wełna! Wiecie, jak to działa na osobę, która na punkcie wełen, włóczek, dziergania, tkania i przędzenia ma ogromnego świra? Jak powiedzenie, że może zjeść na śniadanie sernik chałwowy (zdradzę Wam, że dokładnie takie dzisiaj było śniadanie, niezdrowe i słodkie, ale kto dorosłemu zabroni?). Wracając, ta „Wełna” mnie zaintrygowała, bo dlaczego taki dziwny tytuł, ale okazuje się, że autor użył jej z kilku powodów. Po pierwsze angielski idiom „to pull the wool over someone’s eyes” oznacza mydlenie komuś oczu lub oszukiwanie. W świecie Silosu mieszkańcy są karmieni kłamstwami na temat świata zewnętrznego, a ich percepcja rzeczywistości jest celowo zniekształcona. Po drugie kiedy ktoś w zostaje skazany na banicję (tzw. „czyszczenie”), otrzymuje kawałek wełnianej szmatki, aby przetrzeć obiektywy kamer na powierzchni. To jedyny sposób, by mieszkańcy Silosu mogli przez chwilę widzieć świat wyraźniej, ale to nadaje słowu „wełna” rytualne i tragiczne znaczenie.

Ha! „Silos” jest na mojej liście do czytania od dawna i mam wrażenie, że ta wełna sprawi, że przesunę go co najmniej o kilka oczek wyżej.


CZWARTEK

Po przeczytaniu „Kobiet” Kristin Hannah, które były naszą „ofiarą” Razemczytania, polubiłam autorkę. Doceniłam jej sposób pisania o emocjach i porządnie robiony research. Może dlatego powoli uzupełniam je powieści, których jeszcze nie znam i właśnie dojechało to – „Rzeczy, które czynimy z miłości”. Jak zwykle Andrzej zamawiał i jak zwykle padło to samo pytanie: „A takie małe, kieszonkowe wydanie może być?”. Bo on się zawsze upewnia, czy jeśli nie ma innego, to może być takie mniejsze, w miękkiej okładce i mniejszą czcionką. I zawsze dostaje tą samą odpowiedź: „Może, może.” Bo szczerze mówiąc, mnie akurat te małe, poręczne wydania nie przeszkadzają i mniejsza czcionka na stronach też niespecjalnie. A przynajmniej unikam niebezpieczeństwa czającego się na mnie, kiedy mam duże formaty, twarde okładki i jeszcze najlepiej ostre brzegi i z taką książką zasypiam… w czasie czytania… i walę się tym tomem w różne części ciała. Pół biedy, kiedy spadnie na brzuch okryty kołdrą, ale nie raz się zdarzyło, że dostałam w czółko… Dlatego nie mam nic przeciwko miękkim okładkom i małym formatom, nic a nic!

Ten tydzień był w książkach:

  • CLEOPATRA – Saara El-Arifi
  • JAK ZWYKLE – Zygmunt Miłoszewski
  • PISARZ FARAONA – Alexej Pludek
  • SILOS – Hugh Howey (cała trylogia)
  • RZECZY, KTÓRE CZYNIMY Z MIŁOŚCI – Kristin Hannah
Aga J. Mackiewicz

dla Intensywni

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

1 komentarz
  • Pimposhka
    23 kwietnia, 2026

    Nie przeczytałam pierwszej części trylogii Silos bo obejrzałam serial, przeczytałam resztę bo chciałam zobaczyć jak rozwinie się historia i jaka tajemnica stoi za silosem. Ja bardzo lubię takie dystopijne klimaty. Historia mnie nie rozczarowała.

    • intensywni
      23 kwietnia, 2026

      Ja się nastawiam na czytanie, ale chwilowo wszystko, co ma powyżej dwóch tomów spada nieco w kolejce. Ale się doczeka, tym bardziej, że dawno nie czytałam sci-fi, takiego klasycznego, więc będzie świetne na jesień.
      pozdrawiam
      Aga