„Chór zapomnianych głosów” – sprawdziłam w tabelce „Czytanie”, był rok 2020 – to była poprzednia książka Remigiusza Mroza, którą przeczytaliśmy oboje, która nam się podobała i która wzbogaciła na wieki wieków nasz domowy słownik o słowo „koncha”, a że nałożyło się to na czasy covidowe, to hasło „konchę włóż” pojawiało się za każdym razem, kiedy któreś z nas usiłowało zapomnieć o noszeniu maseczki. I wtedy doszłam do wniosku, że lubię Mroza w wersjach „nieoczywistych”. Bo to sci-fi mu naprawdę wyszło.
Może dlatego, kiedy Andrzej kupił w sumie bardziej dla siebie „Węzeł czasu”, czyli coś, co okładka zapowiadała jako opowieść o alternatywnej historii i podróżach w czasie, to od razu wsadziłam to do szufladki „Mróz w wersji nieoczywistej” i przyjęłam założenie, że będzie co najmniej niezłe. Taaaak… To znaczy – nie!, nie było.
Nie czytuję Mroza pasjami, czytuję ułamek z jego bogatej twórczości i te ułamki czasami mi się podobają, a czasami nie.
Żeby szybko przeprowadzić Was przez założenia fabuły – mamy rok 2025, kiedy Aga i jej przyjaciółka Zuza decydują się na przeniesienie w czasie do niemieckiego Oppeln w roku 1931. Powód? Nie do końca znany. Bo panie po podróży w czasie mają amnezję i niepełną wiedzę. Wersje są dwie – zapobiec tragicznej wojennej historii Polski albo dowiedzieć się, co się stało z Hanną, siostrą Agi, która zaginęła i wychodzi na to, że mogła powędrować do 1931. W Oppeln Aga dość szybko poznaje Augusta Bekkera i nagle mamy nie tylko sci-fi, ale i romans, a może nawet głównie romans. Później Aga i Zuza próbują namieszać w historii, na własnej skórze przekonują się, że jak się coś zmieni na lepsze w przeszłości, to w przyszłości wywołana tym zmiana losów świata wcale nie jest gwarantowaną zmianą na plus. Ale można wrócić i namieszać znowu i liczyć, że jednak będzie lepiej… albo nie. Mechanika tych podróży w czasie jest co najmniej niejasna i dziwna. Romans też jest dziwny, ale o obu kwestiach za chwilę.
Powieść dostała ode mnie 5/10 i to jest chyba najniższa ocena, jaką w tym roku czemukolwiek dałam, a powodem jest głównie to, że naprawdę niezły pomysł został „zmrozowany”, czyli napisany bez wykorzystania jego pełnych możliwości, z bohaterami, którzy psychologicznie są po prostu niesamowicie nierealni, a do tego mam wrażenie, że Mróz zrobił research, ale potem wykorzystał go w sposób momentami komiczny, momentami tragiczny.
Jednak, żeby Wam opowiedzieć resztę, to muszą pojawić się spoilery. Dlatego, jeśli ktoś ma ochotę na samodzielne ocenienie „Węzła czasu”, to niech się tu zatrzyma, przeczyta powieść i ewentualnie wróci do poniższego tekstu. A do czytania wbrew pozorom zachęcam, bo to jest bardzo „ciekawa” lektura i warto wyrobić sobie własne zdanie i wyłapać samodzielnie wszystkie „zmrozowania”.
Zacznę od tego, co mnie uderzyło najmocniej. Psychologicznie postacie powieści są co najmniej niezrozumiałe, ich zachowania nieprawdopodobne, a podejrzewam, że specjalista miałby ciekawe przypadki kliniczne. Aga wpada do tego 1931 roku i gdzieś między wierszami mamy kilka razy powtarzane, że żadnych więcej związków, żadnych relacji, bo jej były zrobił jej krzywdę (nie wiemy jaką), ale jej chęć pozostawania w związkach jest zerowa. Do tego Mróz tworzy przemożne wrażenie, że ta krzywda była okropna. I oto pierwszym, co widzi, jest Herr August, który wpada w szał bicia i kopania i zamienia inną istotę ludzką w krwawą miazgę. A później jeszcze raz i jeszcze raz (przy trzecim, życzy sobie obecności Agi, żeby wiedziała, co w nim siedzi, jaki jest i jak nie ma zamiaru się zmienić). A ona się w nim zakochuje bez pamięci i jakoś jej to nie przeszkadza, że oto nie tylko tworzy relację (a mówiła, że za nic), relację ze zwyrodnialcem (i używam tego słowa z pełną świadomością), a przecież inny mężczyzna zrobił jej krzywdę. Prawdopodobieństwo takiej sytuacji – moim zdaniem zerowe przy takich okolicznościach. Ale co ja tam wiem.

Do tego cała powieść jest pełna przemocy, krwi, katowania gołymi pięściami i nie tylko oraz prób gwałtu. I ja generalnie nie mam problemów z przemocą w książkach, ale ona musi być po coś. Musi mieć jakieś znaczenie, a tutaj wielokrotnie miałam wrażenie, że ona jest po nic. Tak się autorowi wymyśliło, że to będą takie straszne czasy, taka wszechobecna przemoc i tak obrazowe jej opisywanie. Mamy się nurzać we krwi. Między innymi krwi zakatowanych kobiet. Po co? Nie wiem. Ale na okładce dumnie zaznaczono, że Remigiusz Mróz jest ambasadorem kampanii przeciwko przemocy wobec kobiet „Kocham. Szanuję.”. I to jest ostatnie zdanie na skrzydełku okładki, dopisane zupełnie bez ładu i składu, jakby tylko po to, żeby mocno zaznaczyć, że autor kobiety szanuje, a to, że w powieści robi z nich ofiary najgorszej przemocy, to licentia poetica. I przegrzebałam internety z pytaniem, czy w tym czasie w Opolu dochodziło do tak brutalnych zachowań wobec kobiet. I tak, zdarzało się lżenie na ulicy, zastraszanie, wypraszanie z lokali, bicie po twarzy, szarpanie, ale żeby bojówki skatowały kogoś prawie na śmierć, torturowały w taki sposób, jak opisuje to Mróz, tego nie znalazłam.
I wracam na sekundę do Augusta, naszego zwyrodnialca, który tłucze gołymi rękami i nawet mu powieka nie drgnie, bo „taki jestem, po prostu” i kocha jak najczulszy mężczyzna, który „żyć bez ciebie nie mogę”. I tutaj nie jest problemem, że nieprawdopodobne jest istnienie człowieka o takiej osobowości. Problemem jest to, że autor nie daje nam nawet kawałeczka wytłumaczenia, dlaczego toto się takie wychowało. Bo ogólne stwierdzenie, że były jakieś problemy rodzinne w czasach dzieciństwa, to nie jest wytłumaczenie, a nie dostajemy żadnego innego elementu układanki, która mogłaby nas naprowadzić na trop. „Taki po prostu jest.” Jak dla mnie kolejna cegiełka do budowania powieści pełnej przemocy, która nie ma uzasadnienia i sensu.
Podróże w czasie – no, to jest naprawdę ciekawie zmarnowany element tej powieści. Bo ich mechanika jest słabo wyjaśniona. Pojawiają się jakieś wątki nadprzyrodzone, jakieś frakcje, które walczą ze sobą o podejście do tych podróży. Postać Infułata, początkowo niesamowicie tajemnicza, dostaje swoją historię, ale szczątkową. A kiedy w czasie tych przejść stamtąd tu i stąd tam, nasze bohaterki nieświadomie, prawie bezwolnie zaczynają recytować po łacinie modlitwę do Świętego Michała Archanioła, czyli tak zwany egzorcyzm prywatny, to ja się przyznaję, ja w tym momencie prychnęłam śmiechem. I tak, połączenie podróży w czasie z katolickim podejściem do nich jest ciekawe, ale albo trzeba to było wyeksploatować do maksimum, albo nie robić sobie… To znaczy, podejść do tego z powagą albo wcale.
I to są trzy główne zarzuty, i to są te tragiczne, a teraz będzie komiczniej.
Podkurek, czyli słowo typowo staropolskie, które Mróz wkłada w usta niemieckiej gospodyni, która nigdy nie okaże się tajną agentką na rzecz polskości, więc ten podkurek to jest taki zgrzyt, że aż boli. Tym bardziej, że to miejsce i czasy, gdzie w urzędach i na ulicy króluje niemiecki i szybciej ktoś usłyszy gwarę opolską niż staropolszczyznę. W ogóle Mróz ma jakieś zapędy do wykorzystywania dziwnej maniery mówienia i aż sobie zapisałam zdanie, które August wypowiada do Agi: „Raczy sobie pani czynić śmiechy.” I znowu staropolszczyzna, ale czemu znowu w ustach Niemca?
Tampony i przepraszam, ale przy nich to po prostu popłakałam się ze śmiechu. Znowu research jakby częściowy. Panie pojawiają się w przeszłości przygotowane i jako jeden z artykułów pierwszej potrzeby mają w walizce tampony. Mróz opanował kwestie pakowania, bo wie, że 64 sztuki, to jedno z największych opakowań (research na plus), ale tekst jasno sugeruje, że bohaterki mają tam zamiar zostać na dłużej, może na rok, że w tej walizce jest to jedno opakowanie (tutaj nie mam pewności, ale wrażenie, że ono jest jedno jedyne było silne), czyli dwie kobiety, rok czasu i 64 tampony… I tu researchu nie było, bo ja nawet nie skomentuję, na ile to czasami wystarcza, a raczej nie wystarcza i nie mówimy o roku… Jak się już bohaterką robi kobietę, samemu jest się autorem mężczyzną, to albo można pominąć takie szczegóły, zostać przy tej ultra miękkiej szczoteczce do zębów, albo trzeba jednak udać się do źródła i dopytać, jak to ze zużyciem jest.

I wisienka na torcie, a raczej jabłko w kompocie, bo tak, jest jeszcze kompot. Aga ten kompot wręcza Hitlerowi. I bardzo jej zależy na tym, żeby on ten kompot spożył. I dopytuje Augusta, a czy wódz kompoty lubi, a czy wypije, a czy sam, a z kimś, a czy na pewno, a czy lubi, a czy wypije… W pewnym momencie – dosłownie – mamy rozdziały na poziomie: „kompot a sprawa polska”. I nasz August dość kategorycznie twierdzi, że nie, raczej nie wypije, chociaż jabłka lubi i jada. I napiszę Wam, że mnie Mróz tym kompotem zdenerwował. Bo po pierwsze wystarczy poczytać wspomnienia osób, które ze stołem wodza miały jakiś związek, gotowały mu, podawały do stołu, były świadkami konsumpcji, żeby wiedzieć, że Hitler nie był całe życie wegetarianinem i chyba nigdy dań mięsnych nie porzucił, ale ze względów zdrowotnych w okresie wojennym „skręcał” w kierunku niejedzenia mięsa. Ale zawsze lubił owoce i lubił rzeczy słodkie. I kochał jabłka. A kompot był jabłkowy… To na jakiej podstawie Mróz włożył w usta Augusta tak kategoryczne zaprzeczenie, że kompotu wódz nie tknie? Nie wiem, nie rozumiem, uważam, że znowu zawiódł research. Bo uwierzcie, że ja bywam uparta i w każdym znanym języku pomordowałam internety, czy kompot mógł się pojawić na stole Hitlera i zawsze wniosek był taki, że nie ma żadnych śladów, że kompocików nie cierpiał i miał wstręt. Zawsze pojawiało się podkreślenie, że owoce tak, gotowane owoce tak, słodkie tak. Co złożone razem dawało wniosek, że ten kompot miał szansę na spożycie. Może jednak trzeba było posprawdzać bardziej i nie wiem… Galaretkę wołową z octem wybrać jako ten posiłek najwyższej wagi? To by się kulinarnie i historycznie bardziej obroniło. I przyznam się Wam, że ten kompot utopił w mojej głowie tę powieść na amen.
I znowu napiszę to, co wcześniej – tak paradoksalnie to ja Wam tę powieść polecam do czytania, z otwartą przeglądarką komputerową i mnóstwem sprawdzania na poziomie dociekliwego detektywa. Staje się to wtedy niezłą przygodą i człowiek dokształca się w najprzeróżniejszych kwestiach związanych z tamtymi ziemiami i czasami. Bawcie się dobrze! I bardzo chętnie poczytam Wasze opinie na temat tej powieści i twórczości pana Mroza ogólnie. I od razu napiszę, że osoby go kochające są mile widziane, bo ja chętnie porozmawiam z kimś, kto mi ten fenomen wyjaśni i nie, nie obiecuję, że się „nawrócę”, ale może zrozumiem.
Aga J. Mackiewicz
dla Intensywni
Za zawartość merytoryczną i ostateczny kształt wszystkich tekstów na tej stronie zawsze odpowiada człowiek a nie sztuczna inteligencja. Żaden tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, czasem subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu. Zdjęcia używane we wpisach są naszego autorstwa, a grafiki powstają przy pomocy narzędzi AI.
