Ludzie od zawsze wieszczą katastrofy, wypatrują ich. Nie dlatego, że naprawdę chcą, żeby świat się skończył. Raczej dlatego, że koniec świata porządkuje chaos. Nadaje rzeczywistości datę „przydatności do spożycia”. Zdejmuje z barków konieczność myślenia o problemach, które dzieją się tu i teraz, dając obietnicę, że wszystkie stresy niebawem miną na zawsze.
Każda epoka ma więc swoją apokalipsę. Zawsze idealnie dopasowaną do aktualnych lęków. Sensacyjną, nośną, łatwą do opowiedzenia w jednym zdaniu. W czasach mediów społecznościowych taka narracja potrafi się nakręcać sama – bez faktów i proporcji, za to z ogromnym zasięgiem. A kiedy w końcu pojawia się coś realnego, ludzie i tak uznają to za kłamstwo. Film „Nie patrz w górę” nie był wizją przyszłości. Był diagnozą ludzkiej mentalności.
Świat kończył się już tyle razy, że gdyby naprawdę miało się coś dramatycznego wydarzyć, pewnie uznalibyśmy to za „fake”.
Pierwszy nowoczesny koniec świata miał nadejść wraz z rokiem 2000 – Apokalipsa Excela. Świat miał się zawiesić, bo ktoś trzy dekady wcześniej skrócił zapis daty do dwóch cyfr. Komputery miały się pogubić, systemy bankowe paść, samoloty spaść z nieba, bo algorytm nie odróżni 2000 od 1900.
Kino idealnie wykorzystało koniec millenium. „Dziwne dni” z 1995 roku były zapisem paranoi końca tysiąclecia – świata na granicy nerwowego załamania, gdzie technologia jest jednocześnie ucieczką i zagrożeniem. „Matrix” poszedł krok dalej, robiąc z rzeczywistości system operacyjny, który można przejąć, zresetować albo… źle zaktualizować.
Literatura dorzuciła fundamenty tej wyobraźni: „Neuromancer” Williama Gibsona nauczył nas myśleć o świecie jak o sieci, a „Zamieć” Neala Stephensona doprawiła to ironią i chaosem informacyjnym, pokazując, że apokalipsa cyfrowa wcale nie musi być śmiertelnie poważna.
Ludzie robili zapasy. Media liczyły godziny. Firmy sprzedawały „bezpieczne rozwiązania”. A potem przyszedł 1 stycznia 2000 roku. Komputery działały. Bankomaty wypłacały. Świat się nie zawiesił.
Apokalipsa się nie udała. Nadal żyjemy.
Kolejna była jeszcze prostsza. Miała datę. Konkretną. 21 grudnia 2012 roku. Koniec. Kalendarz Majów się kończył, więc świat też musiał. Tak przynajmniej to sprzedano.
Popkultura przewałkowała ten motyw na dwa skrajnie różne sposoby. Film „2012” zamienił ten lęk w widowisko totalne – wszystko się waliło, najlepiej jednocześnie, a geologia była odpowiedzialna za efekty specjalne. „Zapowiedź” z 2009 z Nicolasem Cagem poszła w przeciwną stronę: bez histerii, bez ratowania świata w ostatniej minucie, za to z chłodnym fatalizmem i przekonaniem, że liczby nie kłamią, a z przeznaczeniem się nie negocjuje.
Jedni pakowali plecaki survivalowe, inni robili imprezy „ostatniej nocy na Ziemi”. A Majowie? Po prostu zamknęli jeden cykl i otworzyli kolejny. Jak robili to od setek lat.
Apokalipsa się nie udała. Nadal żyjemy.

Potem przyszła apokalipsa naukowa. Idealnie skrojona pod moment, w którym technologia zaczęła wyprzedzać powszechne zrozumienie przeciętnego człowieka. CERN i zderzacz hadronów stał się symbolem wszystkiego, czego nie da się wytłumaczyć jednym zdaniem. Skoro czegoś nie rozumiemy, to pewnie jest groźne. Skoro groźne, to może skończyć świat.
„Anioły i demony” zrobiły z tego popkulturowy przebój – bestsellerowa książka i jeszcze popularniejszy film połączyły naukę, religię i antymaterię w jedną opowieść o eksperymencie, który za chwilę wymknie się spod kontroli. Fizyka została sprowadzona do roli czarnej skrzynki, a strach zrobił resztę.
Zderzacz ruszył. Cząstki się zderzyły. Świat się nie skończył. Za to rozdano Nagrody Nobla.
Apokalipsa się nie udała. Nadal żyjemy.
Najciekawsza jest ta ostatnia. Apokalipsa sztucznej inteligencji. Taka, o której mówi się, że nie jest czymś, co dopiero nadejdzie, tylko już się dzieje.
W popkulturze zaczęła się niewinnie: „Gry wojenne” już w 1983 roku pokazały algorytm, który niemal doprowadza do globalnej katastrofy nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że zbyt literalnie traktuje zasady gry. „Terminator” zrobił z tego mit założycielski – maszynę, która uznała ludzkość za błąd systemu. „Ex Machina” Alexa Garlanda z 2014 roku wyciszyła wszystko maksymalnie, zamieniając koniec świata w kameralną zdradę i pytanie o intencje. Serial „Westworld” poszerzył perspektywę, pokazując AI jako nowy byt, a nie narzędzie.
Klasyka literatury poszła jeszcze głębiej. „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” nie pytało, co zrobi sztuczna inteligencja, tylko kto w tym układzie jest jeszcze człowiekiem. I choć sam tekst jest fundamentem, to właśnie adaptacja filmowa „Łowca Androidów” potrafiła ten problem ubrać w obrazy, które zostają z widzem na długo.
Temat AI jest dziś tak popularny jak nigdy, przykładów jest mnóstwo, a lęk znów sprzedaje się doskonale. Według obowiązującej narracji ten koniec świata ze sztuczną inteligencją w roli głównej właśnie trwa, nawet jeśli nikt tak naprawdę nie jest w stanie określić, co jest zagrożeniem.
Pewnie też się nie uda. I znowu przeżyjemy.

Każda z tych apokalips mówiła więcej o nas niż o przyszłości. O tym, czego baliśmy się w danym momencie. O tym, jak bardzo potrzebujemy wielkiego „końca”, żeby nie patrzeć na drobne pęknięcia, które naprawdę wymagają uwagi.
Zostaje więc pytanie: co przyjdzie następne?
Ja od dawna obstawiam apokalipsę zombie. Polecam książkę „Zombie survival” Maxa Brooksa – jako podręcznik przetrwania. Na wszelki wypadek. Żebyście wiedzieli, jak zabezpieczyć drzwi i co spakować do plecaka. Bo jeśli historia czegoś nas nauczyła, to tego, że koniec świata rzadko wychodzi zgodnie z planem.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
