Rok 1612.

Ojciec Artemisii, Orazio Gentileschi, malarz, wnosi oskarżenie przeciwko innemu malarzowi o nazwisku Agostino Tassi. Dotyczy ono gwałtu na jego córce, którego dopuścił się Tassi.

Kilka rzeczy, o których trzeba wiedzieć.

Jeśli kobieta została zgwałcona, to w oczach społeczeństwa ona jest temu winna, dopóki sąd nie postanowi inaczej. Przez to, co stało się Artemisii, jej rodzina musi przenieść się do innej, biedniejszej dzielnicy Rzymu, bo w poprzedniej są traktowani są jak pariasi, wyzywani, nieobsługiwani przez piekarzy czy rzeźników.

Sama Artemisia nie może wnieść oskarżenia, bo jest kobietą. Może to zrobić tylko mężczyzna z jej rodziny. A ona nie jest wcale pewna, czy chce procesu, ale jej ojciec tak, bo inaczej nie ma szans na oczyszczenie imienia rodziny, czyli i jego.

Czasami warto zacząć od posłowia, bo wtedy cała książka nabiera zupełnie innego wymiaru.

Już w momencie składania pozwu wiadomo, że Artemisia nie tylko będzie zeznawać przed sędziami (śliniącymi się, kiedy słuchają o gwałcie, pytającymi o więcej szczegółów). Jeśli Tassi zaprzeczy (a zaprzeczy i nazwie ją najgorszą nierządnicą Rzymu, z którą sypiali wszyscy), to czeka ją przejście przez próbę „sibille”, czyli zaciskanie sznurów na palcach, do połamania, do krwi, do zmasakrowania dłoni. Jeśli w czasie tej tortury nadal będzie powtarzać, że jej zeznania są prawdziwe, to sąd będzie skłonny jej uwierzyć. A ona jest artystką, jest malarką. A mimo to godzi się na to. Do końca życia jej palce nie odzyskają dawnej sprawności, ale malować będzie.

I jeszcze jedno – „zmartwiony” ojciec, który oskarża w imieniu córki i swoim o gwałt Agostina Tassiego, wcale nie jest takim kochającym rodzicem. Możecie w to wierzyć lub nie, ale gdyby nie on, do tego gwałtu by nie doszło. A nawet już po nim próbuje przekonać córkę, że gdyby jednak wyszła za swojego gwałciciela, to sprawa byłaby załatwiona, jej cnota „naprawiona”, jego imię nieskalane. Proste? Proste. Nie dla Artemisii.

To nie jest fikcja. To jest historia życia jednej z najbardziej utalentowanych włoskich malarek czasów Caravaggia.

Artemisia Gentileschi: Judyta i służąca z głową Holofernesa

Rok 2018.

Christine Blasey Ford zeznaje przez Komisją Senacką w USA. Oskarża o usiłowanie gwałtu kandydata do Sądu Najwyższego Bretta Kavanaugha. Miało do tego dojść w latach ’80, kiedy byli nastolatkami. Takie zachowanie powinno wykluczyć go z wyścigu do prestiżowego stanowiska. Zeznania pani Ford są dramatyczne i wywołują kontrowersje. Stają się częścią ruchu #MeToo.

Kavanaugh zostaje zatwierdzony na sędziego Sądu Najwyższego stosunkiem głosów 50 do 48. Trwa prezydentura Trumpa.

Rok 2023.

Efekt gniewu i niezgody Elizabeth Fremantle pojawia się na księgarskich półkach.

Kiedy pisarka ogląda w 2018 roku zeznania odważnej Christine Blasey Ford, jej własne doświadczenia wracają do niej z siłą huraganu. Ona też padła ofiarą zbiorowego gwałtu. Też nie chciano jej wierzyć. Też przeszła upokorzenia tam, gdzie powinna odczuwać tylko wsparcie.

Od lat, napotykając na nazwisko Artemisii, czuje, że tamta, rzymska historia malarki powinna zostać opowiedziana. Że dzięki temu opowie też swoją historię. I dopiero zachowanie i postawa Ford daje jej przekonanie, że to już czas. Po czterdziestu latach krzyczy z całych sił na kartach książki. Opowiada historię Artemisii, swoją i wszystkich kobiet, które przeszły przez dramat zgwałcenia czy usiłowania zgwałcenia, a potem przez gehennę udowadniania, że to nie była ich wina, dochodzenia sprawiedliwości wobec gwałcicieli.

Fremantle dedykuje swoją książkę „Wszystkim, którzy przetrwali”.

I na koniec napiszę Wam, że to jest po prostu dobra powieść. Ale powiedzenie, że to tylko powieść, historyczna, oparta na dokumentach (zachowały się te z procesu Tassiego), listach, opisach życia w Rzymie w tamtym czasie, nie odda tej książce sprawiedliwości. Bo ona jest o tym, że można przetrwać, można żyć wbrew wszystkiemu i wszystkim, można realizować swoje pasje, nawet jeśli przeszło się przez dramat, jaki trudno sobie wyobrazić.

Aaaa, i jeszcze jedno, żeby bo w sumie nie musicie o tym wiedzieć, przecież o Artemisii nie mówi się tak często jak o Michale Aniele (bo to kobieta). Ona przetrwała. Wyjechała z Rzymu. Malowała. Miała rodzinę, dzieci, problemy, radości, sukcesy i pewnie sporo dni, kiedy udawało się jej zapomnieć o tym, co stało się w Rzymie (nawet do niego wróciła na jakiś czas).

I tak, świat później zapomniał o Artemisii Gentileschi. Kilka jej obrazów zostało błędnie przypisanych innym, między innymi tatusiowi, o co w sumie jeszcze za swojego życia nie „miał pretensji”, w końcu prawdziwie mistrzowskie dzieła powinni tworzyć mężczyźni. A tu kobieta! Na dodatek jego córka! Bardziej utalentowana od niego! Nie do pomyślenia. Niech maluje pejzaże i portrety bogatych patrycjuszek, ale wielkie, dramatyczne sceny biblijne… Nie-do-po-my-śle-nia! Ale po latach Artemisia odżyła, odzyskała należne jej wśród włoskich malarzy miejsce. Jej historia daje nadzieję. Tam samo, jak historia Elizabeth Fremantle i wielu innych, którzy przetrwali.


PS. Jak czytać włoskie imiona:

Artemisia Gentileschi – [artemizja dżentileski]

Orazio Gentileschi – [oracjo dżentileski]

Agostino Tassi – [agostino tass-i]

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(