Nie jestem wielką znawczynią powieści w gotyckich klimatach, ale jestem lekko zwariowana na punkcie retellingów wszelakich, czyli na nowo napisanych baśni, legend i mitów. Zatem „Dom Saphirów” intrygował mnie od momentu, kiedy pojawiła się zachodnia premiera i to właśnie jako nietypowy retelling, a nie ze względu na mroczny klimat. Poza tym autorką jest Marissa Meyer, czyli mistrzyni nieoczywistego opowiadania na nowo znanych historii. I już to jest dla mnie wystarczającą rekomendacją, ale…

Przepraszam, ale muszę! Jednozdaniowe podsumowanie tej powieści powinno brzmieć: „Kiedy gotycka wersja „ghostbusters” nakłamała w CV!”.

Ale tym razem Meyer nie postawiła na rozrywkę lekką, momentami komiczną i idealną dla czytelników od lat pięciu do stu pięciu. „Dom Saphirów” to Meyer w jej „dorosłym”, znacznie mroczniejszym wydaniu. To nie baśń, to gotycki kryminał z duchami w rolach głównych.

Mallory Fontaine pochodzi z rodu potężnych czarownic, ale sama nie ma wielkich mocy. Ma jedną, nieco upiorną umiejętność – widzi, słyszy i może komunikować się z duchami. Czy przeszkadza jej to zarabiać na ludzkiej naiwności? A skąd! Opuszczona posiadłość Saphirów, kojarzona z Monsieur Le Bleu i jego „zabójczą miłością” do kolejnych żon staje się tłem jej „występów”, bo przecież nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, że oprowadzi kilku przestraszonych zwiedzających po nawiedzonym domu? Do czasu. Bo na jedną z nocnych przechadzek kupuje wstęp Armand Saphir, kolejny dziedzic rodu, który jest tak zdesperowany, że złapie się nawet najdziwniejszej szansy, by wygnać z rodowej posiadłości na wsi ducha swojego przodka, który się tam od kilku lat panoszy. Mallory wie, że nie ma żadnych umiejętności ani mocy, ale przecież nie odmówi możliwości wielkiego zarobku i tak oto, wraz z siostrą, pojawiają się jako specjalistki od pozbywania się duchów w starej posiadłości. To nie może skończyć się dobrze, bo improwizować można tylko do czasu.

Jeśli ktoś się już domyślił, że tym razem Meyer wzięła na warsztat legendę o Sinobrodym, to wielkie brawa. Klimat jest aż gęsty, duszny i pachnie krwią. Do tego opisy niszczejącej posiadłości i okolic, napięcie budowane przez dokładanie kolejnych tajemnic, zwroty akcji, które zwiastują rosnące niebezpieczeństwo – to wszystko sprawia, że dostajemy powieść, która jest wielkim hołdem dla klasycznej literatury gotyckiej, ale wymieszanej z kryminałem i opowieścią o duchach.

Ciekawostką jest to, że Meyer dołożyła do swojej opowieści całą masę elementów pochodzących z francuskiego folkloru. Złośliwe, płatające figle domownikom chochliki, czyli „lutin”; błędne ogniki zwodzące podróżnych na manowce – „feu follet”; francuskie wilkołaki – „loups-garous”; legendarne skrzydlate gady – „wiwerny” (komu się od razu zapaliła lampka, że tę nazwę znają z zupełnie innej powieści?).

Kto się „Domem Saphirów” zachwyci? Każdy, kto lubi gotyckie klimaty, opowieści o nawiedzonych domach i romanse oparte na mrocznych sekretach. I w wielu recenzjach tutaj pojawia się nawiązanie do „Rebeki” Daphne du Maurier, ale tam była współczesna opowieść z gotycką atmosferą, ale ducha nikt nie widział, a tutaj jednak ten gotyk autorka przenosi do czasów dość odległych, garściami czerpie z folkloru, a duchy pojawiają się w zasadzie ciągle.

Problem będzie miał ten, kto szuka szybkiej akcji, kolorowego obszernego świata i baśniowej magii. To nie tutaj. Tu będzie duszno, mrocznie, przerażająco „kameralnie”. Świat jest zamknięty do granic posiadłości, akcja powolna i budująca swój  mrok na emocjach, psychologii strachu i bardzo niespiesznym odkrywaniu tego, jak klątwa rodu Saphirów wpływa na żyjących i niekoniecznie żyjących. Do tego nieco zdziwieni (nie mówię, że od razu rozczarowani) mogą się poczuć fani wcześniejszych powieści Meyer. Tutaj autorka rezygnuje z radosnego optymizmu i humoru na rzecz mrocznej elegancji, większej brutalności i powagi (chociaż nie przesadzajmy, są momenty lekko komiczne, ostatecznie duchy byłych żon po tylu stuleciach nudzą się straszliwie i kiedy coś zaczyna się dziać, to one wpadają w ekscytację).

Ode mnie 8/10 i jeśli ktoś zapyta, czy polubiłam Marissę Meyer w takim mrocznym wydaniu, to powiem, że i owszem.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(