Zacznę od ciekawostki, ale ostrzegam, że ta ciekawostka już za chwilę okaże się dość ważnym przyczynkiem do dyskusji o serialu jako portrecie kobiety w męskim świecie.
Kiedy pojawił się trzeci sezon „Dyplomatki”, jeszcze nie obejrzeliśmy ani jednego odcinka, a ja już wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego, bo nagle temat włosów głównej bohaterki był dyskutowany przez wszystkich i wszędzie. Tak, włosów. Przy czym o tym, że nasza tytułowa dyplomatka mija się czasem z grzebieniem, a prostownicy czy lokówki nie posiada na bank, to było wiadomo od sezonu pierwszego i już wtedy wiele osób pytało, czy ona się w końcu uczesze. Ale w sezonie trzecim te włosy stają się prawdziwym bohaterem i to nie tylko w komentarzach w mediach społecznościowych, ale i w samym serialu. Jak? Nie zdradzę, musicie uwierzyć mi na słowo i obejrzeć kolejne odcinki, gdzie temat tego bocianiego gniazda na głowie wywołuje lekki chichot.
Trzeci sezon serialu nie zawodzi, trzyma w napięciu i pozostaje tylko pytanie, czy to serialowa historia jest szalona, czy może rzeczywistość bywa znacznie bardziej wariacka, czyli witamy w Białym Domu i okolicach.
Tylko, że te włosy to nie był przypadek. Kate Wyler jest od pierwszej minuty „Dyplomatki” bohaterką, która obraca się w bardzo męskim świecie. W męskim świecie dyplomacji, w męskim świecie polityki amerykańskiej i równie męskim świecie rządzących w Wielkiej Brytanii. I to wcale nie znaczy, że innych kobiet tam nie ma. O nie, są! Ale same przyznają, że zajmują stanowiska, o które musiały walczyć albo na których muszą non stop udowadniać, że „dowożą”, bo ich płeć sprawia, że są znacznie bardziej obserwowane i oceniane, a wywalenie ich na bruk przychodzi innym łatwiej, bo przecież to baby.
Twórcy „Dyplomatki” chcieli pokazać, że pani ambasadorka USA w UK ma czas na omawianie i kształtowanie polityki międzynarodowej i wpływanie na możnych tego świata, ale robi to kosztem snu, wygody, spokojnego jedzenia i szeroko pojętej higieny osobistej. Ona po prostu nie ma czasu ani głowy do tego, żeby myśleć o tym, co na tej głowie jest, skoro ciągle jest w biegu, a jeśli się zatrzyma, to świat wybuchnie, czasami dosłownie.

W wywiadzie po trzecim sezonie serialu pojawiło się stwierdzenie, że te włosy to jasny, wyraźny symbol jej ambicji i tego, co dla kobiet w polityce powinno być ważne. A tymczasem reakcje widzów, żywiołowe i krytyczne, dały najlepszy wgląd w to, jak opinia publiczna postrzega wizerunek kobiet „na stanowisku”. Oni nie oceniają ich charakteru, postaw, doświadczenia, oni oceniają ich wizerunek i są teflonowo przekonani, że to jest w ogóle punkt wyjścia do bycia „kimś” – nienaganny wygląd, idealnie wyprasowana bluzka, perfekcyjnie układająca się sukienka i włosy jak prosto od fryzjera nawet po sześciu godzinach lotu (producenci lakieru do włosów lubią to). A Kate Wyler zaprzecza temu każdym detalem swojego istnienia. Sukienki miewa pogniecione, bo siedziała, a tkanina to nie poliester. Włosy w nieładzie, bo nie miała czasu. Stwierdzenia, że potrzebuje innej bluzki, bo ta jest przepocona. I jeszcze spinacza, bo jej się guzik w spodniach urwał, a zapasowej pary brak.
I za to kocham Kate Wyler. Za to, że jest taka prawdziwa na każdym poziomie.
A skoro już o prawdziwości mowa. Kiedy pytano dyplomatów amerykańskich lub brytyjskich, czy świat pokazany w serialu jest realny… Nie, skąd, w żadnym razie! Przesada. Przerysowanie na potrzeby komercyjne. Widz ma się bawić, więc maluje się obraz daleki od rzeczywistości. U nas to tak nie wygląda, i kropka!
Tylko, że kiedy ogląda się „Dyplomatkę”, to przynajmniej ja nie raz się poważnie zastanowiłam, czy na pewno to jest taka przesada i im więcej myślę (i patrzę na CNN), tym bardziej nabieram przekonania, że serial może nawet nie doskakuje momentami do rzeczywistości. Czy jedno mocarstwo jest w stanie „wybuchnąć coś” drugiemu państwu, żeby zwalić to na trzeci kraj? A czemu nie! Czy głowa państwa może być szalona, prawie opętana przekonaniem o swojej nieomylności i podejmująca decyzje „bo tak!”? Ja nie będę pokazywać palcem na pewnego prezydenta, ale…

I coś, co podrzucił mi Andrzej kilka dni temu. W realnym świecie prezydent Trump właśnie oświadcza, że on chce Grenlandię, „bo tak!”. Bezpieczeństwo państwa, proszę państwa! A Grenlandczycy i Duńczycy moją siedzieć cicho i zmieniać flagi na masztach „bo tak!”. I republikańscy zwolennicy prezydenta w mediach społecznościowych, żeby uzasadnić te roszczenia o „kawał lodu”, wrzucają fragment… „Dyplomatki”, gdzie pani prezydent Grace Penn tłumaczy, dlaczego Grenlandia jest taka ważna i kluczowa dla USA. I ja nawet nie wiem, jak to skomentować, więc zostawię komentowanie Wam.
Czy nam się „Dyplomatka” podobała? Tak, tak, tak i jeszcze raz tak. Jest świetnym serialem, który wciąga, trzyma i nie puszcza. Małżeńsko-polityczne przepychanki Wylerów, pani ambasador i jej manewry w dzikim świecie politycznych rekinów i barakud, nowa pani prezydent z przypadku, która okazuje się zimną… kobietą, która nie cofnie się przed niczym i sprzeda każdego, kogo sprzedaż przyniesie jej korzyści, a jak nie sprzeda, to… zrobi większą krzywdę i to nie swoimi rękami. Serial dostaje od nas 12/10 i chcemy więcej!
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie pochodzą z materiałów promocyjnych serialu lub zostały wygenerowane za pomocą narzędzi AI.
