Serial „Emily w Paryżu” od początku traktowaliśmy raczej jako obietnicę ucieczki od codzienności niż realistyczną opowieść o repatriacji. Emily Cooper – Amerykanka wrzucona w paryski świat reklamy i mody – miała się gubić, potykać i uczyć Europy w biegu. I wszystko opierało się od początku o obraz – Paryż jako pocztówka, ludzie jak z okładek, stroje jak z wybiegów, przyjęcia jak z reklam. I to działało. Pierwsze sezony były powiewem świeżości: lekkie, kolorowe, świadomie nierealistyczne. Bo nie realizm miał tu być tu kluczem, tylko przyjemność patrzenia (i słuchania, bo muzyka zawsze była wielką zaletą tego serialu).

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, ale ta, którą wybrała Emily, powinna skończyć się ślepą uliczką w Paryżu.

A potem zaczęło się rozciąganie i rozwadnianie. Kolejne sezony coraz mocniej nużyły: te same wątki wałkowane w kółko, sceny jak przekalkowane, a przez to emocje więdły w zastraszającym tempie, a zmiany i nowe pomysły jedynie pozornie świeże. Nadal było ładnie i miło, ale już bez tej pierwotnej iskry. Finał czwartego sezonu zasugerował jednak coś, co mogło tchnąć w serial nowe życie: Rzym, czyli duża zmiana miejsca, nowa energia, nowy rytm, włoskie podejście do życia. Nadzieja na świeżość była realna.

I wtedy przyszedł sezon piąty i już premierowym odcinkiem pogrzebał wszelkie te nadzieje na poprawę. Dlaczego?

Mam wrażenie, że paradoksalnie to popularność serialu stała się jego największym wrogiem w tym ostatnim sezonie. Jakby scenarzyści i producenci szukali rozpaczliwie sposobu na coś nowego i spojrzeli w kierunki Włoch, a włoskie marki przyjrzały się tej serialowej francuskiej machnie reklamowej i powiedziały: „Va bene, my też chcemy”. Efekt? Cztery pierwsze odcinki wyglądają jak ruchome, potężne słupy reklamowe. Lokowanie produktu jest tu tak nachalne, że aż ostrzeżenie na początku odcinka to za mało, to się domaga planszy ostrzegawczej przed każdym ujęciem. Gdyby chociaż obudowano to ciekawą fabułą… Niestety. Już pierwszy odcinek skutecznie testuje cierpliwość widza. Dalej jest podobnie, a tylko sporadycznie bywa odrobinę lepiej.

I w tym miejscu warto dodać informację, który świetnie obrazuje ten wątek. Fanka serialu i osoba swobodnie poruszająca się w świecie mody podliczyła koszt strojów Emily z piątego sezonu – i wyszło ponad 30 tysięcy euro. To stroje z najnowszych kolekcji, więc nie ma mowy o wyciąganiu staroci z szafy. Do tego mówimy o ciuchach noszonych na przestrzeni kilku miesięcy, bo tyle „fabularnego czasu” obejmuje ten sezon. Nawet przy bardzo dobrej pensji w renomowanej paryskiej agencji reklamowej to poziom wydatków, którego nie da się obronić.

Jakiś plus? Na szczęście od piątego odcinka sezonu wracamy do Paryża. I o dziwo serial zaczyna z powrotem oddychać. Znane tory są już wprawdzie mocno zużyte, ciągle kręcimy się wokół tych samych wątków, ale powiedzmy, że robi się nieco przyjemniej. Dostajemy więcej miasta, wnętrz, ubrań, intryg i miłosnych rozterek. Nic odkrywczego, ale przynajmniej strawnego.

Podsumowując: Rzym nie wyszedł Emily na dobre. Cztery włoskie odcinki ciągną sezon w dół, choć całość broni się jako niezobowiązująca rozrywka – wprawdzie z kilkoma scenami, które wywołują więcej zażenowania niż uśmiechu. Szósty sezon został już zapowiedziany i… tym razem nie czuję ekscytacji. Pewnie obejrzymy. Ale bez odliczania dni do premiery.

Zwłaszcza że wszystko wskazuje na powrót najbardziej irytującej postaci piątego sezonu – Princess Jane. Miała być ironicznym komentarzem do konsumpcjonizmu i pastiszem influencerów. A w praktyce stała się najczystszym odbiciem tego, czym „Emily w Paryżu” ostatecznie się stało: błyszczącą powierzchnią reklamową, pod którą coraz trudniej znaleźć cokolwiek więcej.

Andrzej

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(