Z moją żoną, Agą, mamy specyficzny, czytelniczy pakt, który jest swego rodzaju bezpiecznikiem w naszym literackim życiu. Umowa jest prosta: w ciągu roku każde z nas może podsunąć drugiemu dwie książki „do natychmiastowego przeczytania”. To pozycje, które bez względu na osobiste preferencje gatunkowe, uznajemy za tak intensywne treściowo, genialne lub poruszające, że zasługują na najwyższą notę. Przyznam szczerze, że na co dzień rzadko wychylam nos poza bezpieczne granice fantastyki i science-fiction, jednak dzięki tej umowie raz na jakiś czas ląduję w samym środku literatury obyczajowej, historycznej czy romansu.
Myślałem, że dostanę historię o sporcie. Dostałem opowieść o obsesji, ambicji i uczuciu, które bardziej przypomina walkę niż romans – i właśnie dlatego „Faworyci” zostali ze mną na dłużej.
W tym roku ja wciąż czekam na tą pierwszą, uniwersalnie doskonałą historię, którą mógłbym z czystym sumieniem polecić Adze, ona natomiast nie zwlekała ani chwili. Mniej więcej w połowie lektury „Faworytów” Layne Fargo z niemal fanatycznym błyskiem w oku ogłosiła, że to jest właśnie ten tytuł. I wiecie co? Powiem to głośno i drukowanymi literami: ŻONIE TRZEBA UFAĆ – ZAWSZE!
Książka Fargo opisuje burzliwą karierę i jeszcze bardziej burzliwy związek Kat i Heatha, pary startującej w tańcu figurowym na lodzie. Muszę przyznać, że ta opowieść nie mogła trafić w moje ręce w lepszym momencie. Właśnie trwała Zimowa Olimpiada w Mediolanie, Netflix wyemitował miniserial dokumentalny „Taniec na lodzie: Blaski i cienie”, a media społecznościowe huczały od afery wokół duetu Fournier-Beaudry i Cizerona, podsyconej przez byłą partnerkę Francuza. Cały ten medialny szum sprawił, że lektura „Faworytów” stała się doświadczeniem niezwykle immersyjnym, niemal namacalnym, osadzonym mocno w tu i teraz.

To, co w książce kupiło mnie już na wstępie, to warsztatowa sprawność autorki w budowaniu narracji. Layne Fargo nie ogranicza się do klasycznych rozdziałów, lecz przeplata perspektywę bohaterów z czymś na kształt zapisu dialogów z serialu dokumentalnego podsumowującego karierę naszych bohaterów. Mamy tu wywiady z przyjaciółmi, złośliwe komentarze konkurencji i stroboskopowe ujęcia z tafli lodu czy czerwonych dywanów, co nadaje całości niesamowitego tempa. Rewelacyjnie wypadło również osadzenie akcji w realnym kontekście historycznym – śledzimy rozwój bohaterów przez pryzmat kolejnych sezonów olimpijskich, aż po dramatyczny finał w Soczi, obserwując przy okazji, jak gwałtowny rozwój mediów społecznościowych bezlitośnie wdziera się w ich prywatność, kształtując nie tylko wizerunek, ale i psychikę.
Jako czytelnik ceniący konkret, byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak autorka połączyła wątki emocjonalne z brutalną codziennością sportowców. To nie jest lukrowana opowieść o piruetach; to wiarygodny obraz morderczych treningów, poświęcenia, chronicznego bólu i prób łączenia szczerej przyjaźni z bezwzględną rywalizacją. Co istotne, Fargo unika przytłaczania czytelnika technicznym żargonem – nie znajdziecie tu nużących analiz punktacji czy opisów każdej wykonanej figury. Te aspekty zredukowano do niezbędnego minimum, dzięki czemu łyżwiarstwo pozostaje fascynującym tłem dla tego, co w tej książce najważniejsze: dla czystych, pierwotnych emocji.
I tutaj muszę postawić sprawę jasno: nazywanie „Faworytów” romansem byłoby zbyt dużym uproszczeniem. To raczej emocjonalny rollercoaster, który po zamknięciu ostatniej strony skwitowałem jedną myślą: „toksyczna miłość podszyta syndromem sztokholmskim”. To historia o obsesji w każdym jej wymiarze – obsesji wygrywania, obsesji uczuć i desperackiej potrzebie udowodnienia światu, że zasługuje się na swoje miejsce na szczycie.

Aga ma swoje ulubione zdanie z tej książki mówiące o tym, że każda kobieta okazująca publicznie gniew czy emocje musi być „wariatką”. To mocne spostrzeżenie, ale ja mam swój własny ulubiony fragment, który idealnie oddaje napięcie między bohaterami. Kat mówi w nim o Heathcie: „Miłość do mnie nie była wystarczającą motywacją, by chciał osiągnąć pełnię swoich możliwości. Ale nienawiść? Ta uczyniła go zdolnym do wszystkiego”. To zdanie definiuje tę książkę lepiej niż jakikolwiek opis marketingowy.
Aga wystawiła tej pozycji zasłużone 10/10. Ja, choć niezmiernie rzadko daję książkom noty maksymalne, podtrzymuję tę ocenę w stu procentach. No dobrze, może dla czystej przekory odjąłbym mały minus – bo jednak, mimo wszystko, bo to nie było fantasy (żart!). Ale czytało się wybornie.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
