Pozwólcie, że na początku to będzie bardzo osobista opowieść o moim życiu z „Katabazą”. Zachodni Instagram zaczął nieśmiało pokazywać „Katabazę” już na etapie egzemplarzy recenzenckich. Egzemplarzy całych w notatkach, karteczkach samoprzylepnych i znacznikach na marginesach. W opisach zaczęła się opowieść o trudnych słowach, definicjach, mordowaniu wujka Googla lub sięganiu po ciotkę Sztuczną Inteligencję dla wyjaśnienia nieznanych słów i znaczeń. Jednym słowem pani Kuang w pełnej krasie, tylko jakby bardziej. Bo już „Babel” był książką o środowisku akademickim i nie brakowało w nim „wykładów” i rozważań na dość złożone tematy. Jednak przy „Babelu” miałam wrażenie, że to się doskonale uzasadnia, a autorka nie próbuje nam udowadniać, że ona tyyyyyle wie i się tym popisuje, a my się mamy wznosić na wyżyny swojej inteligencji i może dosięgniemy jej poziomu. Przy „Katabazie” takie zarzuty zaczęły być na porządku dziennym.
Lekko zestresowana opisami tego poziomu trudności powieści odmówiłam tym razem słuchania jej po angielsku, a nawet czytania jej w oryginale. Chciałam po polsku! Dlatego czekałam chwilę na to polskie wydanie i kiedy dotarło, to wcale nie rzuciłam się na nie jak na cukierki czekoladowe. Poleżało i po raz pierwszy otworzyłam książkę 20 października. Otworzyłam ją nastawiona na to, że po pierwszym rozdziale mózg mi eksploduje, ilość rzeczy sprawdzonych w Google wystrzeli pod niebiosa, a ja będę się przedzierać przez tę powieść jak bez mała przez tekst akademickiego podręcznika.
Czy to książka dla każdego? Nie. Czy to książka dla „wybitnie inteligentnych”? Hmmm… I tu zaczyna się prawdziwa opowieść!
I czytam pierwszy rozdział i… nic. Drugi, trzeci… Odłożyłam, zastanawiając się, czego ja nie widzę, nie rozumiem, nie dostrzegam, pomijam. A że czas był życiowo wymagający, to doszłam do wniosku, że jakoś nie umiem się w tę powieść wbić wystarczająco mocno. Po mniej więcej tygodniu wróciłam i gdzieś w pierwszym zdaniu pojawił się Archimedes. Jaki Archimedes? Kto? Spotkali go w piekle? Wróciłam kilka stron wstecz i aż się zaczęłam śmiać. Archimedes to kot. A ja nie pamiętałam. Tak się skupiłam na szukaniu tych wyzwań dla wybitnie inteligentnych, że przegapiłam treść. Ale rzeczywiście nie był to czas tej książki. Odłożyłam, czekała. Wróciłam do niej w styczniu. Nastawiona na to, że jak tym razem długi wieczór z „Katabazą” nie spowoduje wpadnięcia w nią po uszy, to leci na półkę i czeka na swoją kolej w dalekiej przyszłości. Pozwoliłam sobie zapomnieć o tym, co wszyscy tej książce zarzucali, zaczęłam, wpadłam, utonęłam i niczego już nie przegapiałam.
Najpierw jednak szybkie streszczenie fabuły. Alice i Peter to doktoranci profesora Grimesa. Niesławnego profesora Grimesa, o którym wie cały świat akademicki zajmujący się magią analityczną, wie i szepcze, że wymagający, że gnębi, że poniża, że bycie jego doktorantem, doktorantką to jakaś wyrafinowana forma tortur i masochizmu. Ale jak się przez Grimesa przebrnie, to świat stoi otworem, każde stanowisko, każda uczelnia, każdy grant i każdy pomysł na badania są w zasięgu ręki. Dlatego nagła śmierć tej akademickiej sławy (lub niesławy) jest dla Alice i Petera wizją końca ich kariery, która się w sumie jeszcze nie zaczęła. Zrobią wszystko, by ją uratować. Pójdą nawet do piekła po duszę profesora, żeby jednak skończyć swoje doktoraty, a potem niech go nawet to piekło znowu pochłonie, krzyżyk na drogę, nikt nie będzie tęsknił. Oboje są genialni, ale wyprawa do piekła to nic łatwego. Mało wiadomo, materiały źródłowe są szczątkowe, trudne do zdobycia, przestarzałe i często napisane w bardzo mało zrozumiałych językach. I nawet Dante, który wydaje się najpewniejszym źródłem, nie daje odpowiedzi na tysiące pytań. Ale pentagram wyrysowany, idziemy! A kiedy trafią do piekielnych kręgów, to okaże się, że wszystko się z tymi fragmentarycznymi opisami zgadza, ale… Ale nie do końca i w zasadzie co krok to zaskoczenie, niebezpieczeństwo, znajome miejsca i zupełnie niespodziewane widoki. Znajome, bo okaże się, że piekło, a raczej jego pierwsze kręgi to dobrze znana im uczelnia i dobrze znane im schematy zachowań – akademicy rywalizujący o wszystko. Ale nie dajcie się zwieść, to tylko pierwsze kręgi, dalej będzie dziwniej. Czy znajdą profesora Grimesa? Tak. Czy to im pomoże? Tak, ale w zupełnie inny sposób, niż się spodziewamy. I od razu nastawcie się na to, że piekło będziemy odkrywać na dwóch płaszczyznach. Będą opisy tego, jak wyglądają kolejne kręgi i co oraz kto w nich straszy. Ale też piekła, jakie profesor Grimes zgotował swoim studentom, bo Alice i Peter zaczną w końcu rozmawiać i to dzieląc się najbardziej osobistymi przeżyciami, ale też postacie, jakie będą spotykać w piekle, często miały z koszmarnym profesorem do czynienia i cierpiały z powodu jego zachowań i ambicji, one też dołożą swoje.

To wracamy do tych zarzutów o przeintelektualizowanie tekstu. Jak dla mnie – miejska legenda! Nie sprawdziłam w Google niczego, ani jednej rzeczy. Nie dlatego, że wszystko wiedziałam, ale dlatego, że nie widziałam powodu, żebym wszystko zrozumiała na poziomie akademickim i znała definicje. Suma Ramanujana i efekt Casimira, czy ja muszę dokładnie wiedzieć, co to jest, żeby zrozumieć, że to coś, co pomaga adeptom magii analitycznej zbudować pentagram będący portalem do piekła? Co ciekawe i suma i efekt istnieją, ale wątpię, żeby tworzyły portal. Jeśli wymieniano sześć nazw bóstw z różnych religii, które miały coś wspólnego z piekłem, to ja naprawdę nie muszę wiedzieć, z jakiej dokładnie mitologii one są i jak wyglądają oraz ile miały potomstwa z nieprawego łoża, bo że miały to na bank, w końcu to bogowie. I rozumiem, że jeśli ktoś na widok takich nazw i imion próbował od razu robić notatki, co to, do czego, skąd, to wpadał w błędne koło. Więcej czasu spędzał na szukaniu i notowaniu niż na czytaniu. A co ciekawe ta wiedza tak naprawdę niczego by nie wniosła w rozumienie tego, co się w powieści działo. Ona nie wyjaśniała niczego związanego z akcją. To po diabła była? Kuang popisywała się wiedzą? Kuang udowadniała na każdej stronie, że czytelnik jest matołem? Nie!
Kuang pisała o środowisku akademickim. Kuang uczyniła ze swoich bohaterów ludzi tak skupionych na swoich sferach badań i zainteresowań naukowych, że nawet naczyń w domach i na stancjach nie mieli, bo nie bywali tam za często. Ludzi, którzy nie umieli rozmawiać o niczym innym swobodnie, jak tylko o tych sumach, efektach, rodzajach kredy i artykułach na kolejną konferencję. Co było osią ich świata, stało się osią jej powieści. Proste? Proste. I owszem, do stworzenia pentagramu mogli używać twierdzenia Pitagorasa i trzeciego prawa Newtona, ale czy to by przypadkiem nie była magia na poziomie podstawówki a nie szanowanego uniwersytetu i doktoratu z wizjami na dalszą karierę? Czytelnicy oskarżyli Kuang, że napisała powieść o uniwersytecie, akademickich klimatach, doktorantach i profesorach, posługując się akademickim językiem. No rzeczywiście, potworna zbrodnia! Sama uważam te oskarżenia za bzdurne. I jeszcze raz zapewniam, można to czytać i bawić się świetnie, wiedząc tylko tyle, że ta suma i ten efekt to coś, co jest niezbędnym elementem magii, a Erykto to postać z jakiejś mitologii i jej opis w powieści wystarczy, nie trzeba niczego doczytywać, jeśli się nie chce.

To teraz subiektywne wrażenia. Pani Kuang jak dotąd mnie nie zawiodła, żadna z jej powieści mnie nie rozczarowała. I szczerze pisząc, wyższy poziom „akademickości” tekstu czułam przy „Babelu” niż przy „Katabazie”. Tutaj po prostu poszłam z Alice i Peterem do piekła i było dziwnie, strasznie, dramatycznie, emocjonalnie i bardziej mnie interesowało, czy kot przeżyje, niż to, czy znam wszystkie nazwy i definicje. „Katabaza” dostała 8/10. I już tłumaczę dlaczego. Jedna gwiazdka zniknęła po skończeniu powieści, bo końcówka wydała mi się jakaś taka za prosta, z za małym twistem, spodziewana. A drugą gwiazdkę odjęłam jeszcze w drugiej połowie tekstu, bo zaczęłam mieć wrażenie, że pierwsze kręgi piekielne zostały cudownie opisane i czuło się ich klimat, widziało krajobrazy i budynki, a im dalej, tym mniej szczegółów, tym większa pustynia. I może taki był zamysł, może tak miało być, ale jakoś nie do końca mnie to przekonało. Ja bym wolała jednak mniej piachu a więcej „widoczków” nawet horrorowatych.
Czy napiszę, że „Katabaza” jest dla każdego? Nie. Bo nie wszyscy lubią „powieści drogi”, bo nie każdy będzie się dobrze czuł z takim klimatem powieści i przede wszystkim niektórzy mogą bardzo źle znosić opisy poniżania, poniewierania drugim człowiekiem i dążenia do celu po trupach, w tej powieści również dosłownie i to nie w piekle, a w środowisku akademickim. Ale jeśli martwicie się, że to książka zbyt trudna dla Was i nie wiecie, czy sobie z tym intelektualizmem poradzicie, to akurat tutaj mam jasne zdanie – zignorujcie te nazwy, te definicje, ten akademicki slang, potraktujcie je jako sposób na budowanie klimatu powieści i cieszcie się opowieścią, cieszcie się podróżą, pozwólcie sobie na wszystkie dobre i złe emocje wywoływane przygodami Alicii i Petera i trzymajcie kciuki, żeby karma dorwała profesora Grimesa.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
