Zacznę od pewnego założenia – każda książka jest dobra dla kogoś. A jeszcze konkretniej – dobra dla kogoś w danym momencie. Raz mam ochotę na thriller polityczny, innym razem na komedię romantyczną, a jeszcze kiedy indziej na coś, co wygląda tak, jakby ktoś wrzucił do jednego gara apokalipsę, teleturniej, grę RPG, litry krwi i humor bardzo niskich lotów, czyli witamy w świecie „Dungeon Crawler Carl”.
Wracamy do tytułu – dlaczego o „Dungeon Crawler Carl” Matthew Dinnimana myślę jak o książce klasy B? Nie dlatego, że uważam ją za książkę gorszą od innych. To każdy musi ocenić sam. Mówiąc o klasie B, mam na myśli raczej pewien kierunek „artystyczny”. Taki, który w kinie funkcjonuje od dawna i ma swoich wiernych wyznawców. Produkcje kiczowate, przerysowane, czasem ewidentnie tanie, ale jednocześnie tak unikatowe i bezczelne w swoim pomyśle, że zyskują status kultowych. Takie rzeczy jak „Mordercze klowny z kosmosu”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Rekiny w Sekwanie” nie wygrywają przecież subtelnością opowieści. Wygrywają pomysłem, przesadą, atmosferą i tym szczególnym poczuciem, że ktoś poszedł o kilka kroków za daleko, a potem uznał, że to wciąż za mało i zrobił jeszcze dwa wielkie kroki w kierunku kiczu.
Są książki, po których człowiek czuje się mądrzejszy, i są takie, po których zastanawia się, co tu się właśnie wydarzyło – „Dungeon Crawler Carl” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
I właśnie z tej samej energii zbudowany jest „Dungeon Crawler Carl”. Jest tu przemoc, absurd, groteska i przerysowanie. Jest też klimat, który momentami bardziej przypomina mi „Martwe zło” niż klasyczne science fiction. W mojej głowie Carl bardzo szybko dostał twarz Bruce’a Campbella i w sumie trudno było mi się tej wizji pozbyć. To zresztą nie jest zarzut. To bardzo dobrze ustawia odbiór tej książki. Bo jeśli ktoś wejdzie w nią z oczekiwaniem na literacką elegancję, intelektualną rozrywkę i wyważoną opowieść o kondycji człowieka we współczesnym technologicznym świecie, to raczej odbije się od niej boleśnie i rozczaruje do granic możliwości. Jeśli natomiast zaakceptuje, że wchodzi do świata, który ma być widowiskowy, brutalny, dziwaczny i chwilami wręcz bezczelny, to odnajdzie się tu dużo łatwiej.
Punkt wyjścia, jak przystało na klasyka z półki B, jest zdecydowanie nietuzinkowy. Ziemia staje się planem transmitowanej na żywo apokalipsy w formie międzygalaktycznego widowiska. Za sprawą rybopodobnych kosmitów o mocno niepokojących zapędach nacjonalistycznych, wszyscy ludzie, którzy w chwili ataku przebywali pod dachem, obracają się w proch. Przeżywają tylko ci, którzy akurat byli pod gołym niebem. A potem dostają zaproszenie do Lochu – gigantycznego, śmiertelnie niebezpiecznego reality show opartego luźno na zasadach kojarzących się z „Dungeons & Dragons”. Są więc potwory, bossowie, ekwipunek, poziomy, przejścia i walka do samego końca.
Jednym z ocalałych jest Carl. Razem z nim do Lochu trafia Królewna Pączuś, perska kotka jego byłej dziewczyny, i już sam ten zestaw mówi sporo o tonie całej historii. I oczywiście kotka, zdobywając kolejne poziomy doświadczenia, staje się istotą mówiącą i równorzędnym graczem, z bardzo jasno określonymi poglądami na sytuację, które wyraża bez ograniczeń. Loch ma osiemnaście poziomów. Każdy z nich zawali się po określonym czasie. Zanim to nastąpi, uczestnicy muszą znaleźć drogę niżej. O ile wcześniej nie zginą. Skala śmierci jest tu zresztą tak wielka, że bardzo szybko przestaje robić realistyczne wrażenie, a zaczyna działać jak kolejny element tego makabrycznego widowiska. I to również jest ważne, bo „Dungeon Crawler Carl” od początku ustawia przemoc nie jako coś intymnego czy przejmującego, tylko jako część potwornie przerośniętego show.
Całość podana jest w formule LitRPG, czyli gatunku, który bardzo lubię. I tu zaczyna się mój główny problem z tą książką, bo formalnie wszystko się zgadza, ale w praktyce mam poczucie, że „Dungeon Crawler Carl” z LitRPG raczej minął się na korytarzu, niż naprawdę z nim zamieszkał. Początek zapowiadał się dla mnie znakomicie. Po wejściu do Lochu Carl i Pączuś staczają kilka pierwszych walk, a potem trafiają do mentora. Ten etap działa jak dobrze zaprojektowany tutorial. Jest obszerny, logiczny, spójny i jasno tłumaczy zasady świata. Bardzo lubię takie podejście. Bez zbędnych niedomówień, bez udawania tajemnicy tam, gdzie potrzebna jest przejrzystość. I trzeba autorowi oddać, że później tych zasad się trzyma.

Problem w tym, że sam aspekt LitRPG potraktowany został dość pobieżnie. Nie ma tu prawie wcale statystyk, które dla mnie są jednym z fundamentów tego gatunku. Mój ukochany cykl „Droga Szamana” wręcz pławił się w tabelach, parametrach, rozpisanych zmianach i dokładnym pokazywaniu, co konkretna walka albo przedmiot robi z bohaterem. Tutaj wygląda to raczej tak: poziom wzrósł, kondycja skoczyła, coś się poprawiło. I tyle. Dla jednych będzie to zaleta, bo nie każdy chce przedzierać się przez strony cyferek. Dla mnie jednak to było zbyt mało. Skoro wchodzę w LitRPG, to chcę czuć mechanikę, chcę widzieć rozwój, chcę mieć poczucie, że system naprawdę pracuje. Tutaj ten system jest obecny, ale bardziej jako dekoracja niż jako istotny szkielet opowieści.
Podobnie wygląda sprawa ze znajdowanymi lub zdobywanymi przedmiotami. Owszem, te ważniejsze dostają rozbudowane opisy. Problem polega na tym, że ta rozbudowa częściej idzie w stronę absurdalnej, kreatywnej historyjki o pochodzeniu rzeczy niż w stronę konkretu. Znowu – bywa to zabawne, czasem nawet bardzo pomysłowe, ale jeśli ktoś lubi wiedzieć dokładnie, co dany przedmiot daje, jak wpływa na bohatera i dlaczego powinien go obchodzić bardziej niż kolejny gadżet z szalonego katalogu, to może czuć niedosyt.
I tu dochodzę do kwestii, która będzie chyba najbardziej dzielić czytelników, czyli humoru. Absurd sam w sobie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – absurd lubię, czasem nawet bardzo. Problem mam z tym, że w „Dungeon Crawler Carl” absurd bardzo często idzie pod rękę z humorem prymitywnym i momentami zwyczajnie męczącym. Jasne, zdarzają się żarty wulgarne, które naprawdę bawią. Z zasady nie mam z tym problemu. Ale tutaj było tego dla mnie po prostu za dużo. Gdyby ten ton pojawiał się raz na jakiś czas, pewnie uznałbym go za element stylu. Kiedy jednak niemal bez przerwy wraca się do żartów na poziomie ściany w publicznej toalecie, zaczyna mnie to nużyć. Tym bardziej że chwilami dochodzi do tego podtekst, który ociera się o seksizm i zamiast być bezczelnie zabawny, robi się po prostu tani.
Mnie ten humor nie przypadł do gustu. I tak, wiem, sądząc po recenzjach i opiniach, najwyraźniej jestem tu w mniejszości, bo seria zrobiła ogromną karierę i ewidentnie trafiła do bardzo szerokiego grona odbiorców. Warto więc potraktować to jako ostrzeżenie, a nie wyrok. Jeśli lubicie taki rodzaj przegięcia, jest spora szansa, że będziecie bawić się znakomicie. Jeśli nie, lepiej wiedzieć to wcześniej.

A jednak, mimo wszystkich tych zastrzeżeń, ostatecznie dałem tej książce 6/10. I tak, wiem, że po tym, co napisałem wcześniej, może to brzmieć trochę zaskakująco. Tyle że „Dungeon Crawler Carl” długo mnie męczył, ale nie zdołał mnie całkiem od siebie odepchnąć. Po bardzo obiecujących pierwszych stu stronach przyszło mniej więcej dwieście pięćdziesiąt kolejnych, przez które szło mi się ciężko. Właśnie przez ten styl, ten humor i przede wszystkim przez wrażenie, że fabuła stoi w miejscu. Dostawałem kolejne walki, czasem pomysłowe, czasem widowiskowe, ale miałem poczucie, że poza samym przemieszczaniem się przez kolejne korytarze Lochu niewiele z tego wynika.
A potem, kiedy właściwie pogodziłem się już z tym, że do końca dostanę zestaw coraz bardziej szalonych starć z bossami i zawodnikami, książka nagle zaczęła rozwijać się fabularnie. Pojawiły się nowe wątki, większa perspektywa, jakieś obietnice czegoś więcej niż tylko survivalowej jatki. I właśnie te ostatnie dwieście stron podciągnęły moją ocenę w górę. Nie na tyle, żebym dołączył do grona wyznawców tej serii, ale wystarczająco, żebym nie skreślił jej całkowicie.
Czy sięgnę po drugi tom? Tak. Ale bez fanatyzmu. Szum wokół tej serii sprawił, że na polskie wydanie tomu pierwszego czekałem naprawdę z dużą ciekawością. I może właśnie dlatego zderzenie z rzeczywistością było tak rozczarowujące. Drugi tom pewnie kupię, ale tym razem już bez pośpiechu i bez ekscytacji graniczącej z gorączką. Raczej wtedy, kiedy trafi się dobra promocja i uznam, że to odpowiedni moment, żeby znowu wejść do Lochu.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.

Ania
11 kwietnia, 2026To tutaj sie podpiszę ręką i nogami. Żarty spoconego wujka Staszka obniżyły loty tej książki zdecydowanie. Sama historia nie jest słaba, jest podana z pewnym zamysłem który gdzieś tam nie w pełni do mnie trafia. Jestem ciekawa kolejnych tomów 😍
intensywni
11 kwietnia, 2026Ja mam nadzieję, bazując na końcówce, która miała potencjał na wyższe oceny, że w kolejnych tomach będzie lepiej. A do tego zagraniczne opinie to potwierdzają, więc kupię, przeczytam i najwyżej znowu się autorowi dostanie : ))))
pozdrawiam Andrzej