Od razu zdradzę, że bohaterkami tego wpisu będą dwie powieści: „Niespokojni ludzie” Fredrika Backmana i „Bal u Yanny” Marcina Mortki. Dziwne zestawienie? Dziwne, ale ma swoje uzasadnienie. Obaj autorzy napisali teksty, w których odnieśli się do depresji, czy szerzej do problemów ze zdrowiem psychicznym. Jednemu wyszło, drugiemu…
Będzie chronologicznie, w kolejności czytania, czyli najpierw Mortka.
Zawsze szanuję autorów, którzy próbują napisać powieść, w której chcą przemycić, bardziej lub mniej subtelnie, wątek dbania o swoje zdrowie psychiczne, ale… to trzeba zrobić z wyczuciem.
O tym, że czytamy „Bal u Yanny” chyba nawet dałam znać na Instagramie, ale pewnie wiele osób sięga teraz do własnej pamięci – czy była recenzja? Nie było. Nie było, bo mnie coś po przeczytaniu „Balu u Yanny” trafiło i nie było to nic pozytywnego.
Żeby nie było – uwielbiamy Mortkę za całokształt, dobrze bawiliśmy się przy całym cyklu o Kociołku. „Bal u Yanny” miał być taką wisienką na torcie już zakończonej serii – powieść paragrafowa, czyli kiedy dochodzicie do końca rozdziału, to sami decydujecie, co bohaterowie mają zrobić, gdzie pójść, z kim porozmawiać i zgodnie z wyborem przenosicie się do wskazanego rozdziału. Bal jak to bal – pijaństwo, przekomarzanie i kłótnie, głośno, ktoś się pobił, ktoś obraził, ktoś tańczył, ktoś obżerał. W serię o Kociołku to by się nawet wpisywało, bo jeśli w dowolnym tomie była impreza, to zawsze z fajerwerkami.
I ja mam to dziwne przyzwyczajenie, że zawsze czytam posłowia i podziękowania przed całym tekstem i wiedziałam, że Mortka chciał wykorzystać „Bal u Yanny” jako sposób na opowiedzenie o tym, jak Sarę dopadła ciemność depresji, ale nikt tego nie zauważał, jej własny mąż nie interpretował sygnałów właściwie. I że to poważne, że trzeba o siebie dbać i szukać pomocy.

I ja szanuję chęci, ale do jasnej anielki! Naprawdę nie było lepszego tomu do realizacji tego, przyznaję, ważnego pomysłu? Mogłabym wskazać co najmniej dwa, gdzie postać Sary była kluczowa, a takie mniejsze lub większe wskazówki, że w jej duszy nie zawsze jest jasno i tęczowo, były wyraźne. Ale wsadzenie tematu depresji między bigos, bekanie, morze alkoholu i pijackie rozmowy i kłótnie… nie, nie uznaję tego za brak szacunku. Uznaję to po prostu za bardzo zły, nieprzemyślany pomysł.
Dlatego nie było recenzji, bo się we mnie zagotowało. Bo nie umiałam zrozumieć. Bo jak przejrzałam opinie czytelników, to widać, że ta depresja ludziom umknęła! Jeśli ktoś nie przeczytał posłowia, a sporo osób tego nie robi, to nawet nie miał świadomości, że coś takiego się pojawiło. Ot, Sara miała gorszy humor po niemiłych przygodach. Dla większości czytających to była lepsza lub gorsza zabawa wśród pijanych bohaterów i częściej podkreślali, jakie śmieszne były zachowania nietrzeźwego Żychłonia czy samej księżnej, niż zauważali wskazania na problem tak ważny jak depresja, nie mówiąc już o jakimś zatrzymaniu się i przemyśleniu. Nie ma mowy, przecież kolejna bójka wzywa.
Mało tego – czytając powieść, ja to posłowie już znałam, szukałam tych mądrych, głębokich stwierdzeń, które by komuś otworzyły oczy, kogoś wsparły, kogoś zmusiły do myślenia. Andrzej o tym posłowiu nie wiedział. Nie powiedziałam mu. A kiedy skończyliśmy, to dopiero go zapytałam o Sarę, o depresję. I mój mąż, człowiek wyczulony na takie kwestie jak rzadko który facet, nie zobaczył nic! Nic! Zero, nul!
I przepraszam, ale będę dosadna jak rzadko – wkładanie prób mówienia o depresji między powieściową wódkę a zagrychę nie jest dobrym pomysłem. Kropka.

Przy czym nie miałam za bardzo planów by o tym pisać, bo jakoś uznałam, że czasami nie ma sensu. Było, minęło, za rok nikt nie będzie pamiętał o tym, że „Bal u Yanny” miał takie „edukacyjne” zapędy i tak bardzo nie wyszło.
I ten tekst nigdy by nie powstał, gdyby nie „Niespokojni ludzie” Backmana. Bo po przeczytaniu tej powieści w końcu do mnie dotarło, co u Mortki poszło nie tak, a co u Backmana zagrało. Pełną recenzję tej powieści macie dostępną na stronie (link poniżej). Ale tutaj podsumowanie tego, co w kwestii pisania o depresji ważne.
Backman napisał komedię kryminalną. Nieudany napad na bank, zdeterminowany człowiek już wie, że żadnych pieniędzy nie ukradnie, więc ucieka i niechcący (tak, wiem, jak to brzmi), niechcący wpada do budynku i bierze zakładników, bo jedyne otwarte drzwi to te, które prowadzą do mieszkania pokazywanego grupie potencjalnych kupców. I okazuje się, że ta grupa zamknięta na ograniczonej liczbie metrów kwadratowych jest specyficzna. Każdy ze swoimi problemami, smutkami, traumami, przeżyciami i żalami do siebie i świata. A sytuacja nadzwyczajna, zamknięcie i trochę stresu powoduje, że to wszystko wychodzi na światło dzienne. Dynamika bardzo specyficznej, ale jednocześnie bardzo intensywnej terapii grupowej pokazana w pełnej krasie. A do tego w zasadzie każdy z bohaterów ma w swojej przeszłości coś, o czym zapomnieć nie potrafi i co ma wpływ na jego teraźniejszość. Im dalej w powieść, tym więcej o bohaterach wiemy i nie ukrywajmy – tym więcej sympatii do nich czujemy. Przy czym żaden z nich nie wygłasza ani pół zdania żadnego wykładu o problemach ze swoją psychiką. Oni po prostu rozmawiają ze sobą, opowiadają o sobie, pokazują na żywym przykładzie jak trudno jest sobie radzić z codziennością i że problemy miewa każdy z nich, wiek, stan konta, stanowisko w pracy i wielkość rodziny nie ma znaczenia – każdy mierzy się ze swoimi demonami. I mam wrażenie, że to, co Backman tutaj zrobił tak cudownie, to ogromny szacunek, empatia i zrozumienie dla swoich bohaterów, w każdym zdaniu, w każdej scenie. Opisuje moment ich nieracjonalnego zachowania – śmiejemy się, ale z komizmu sytuacji, bo o bohaterze za sekundę wiemy więcej i już rozumiemy, skąd to się bierze.
I tak, Backman często powtarza, że jesteśmy idiotami – on, bohaterowie, my, czytelnicy też. Ale napiszę Wam tak bardzo szczerze i od serca, że jak na idiotów to on nas traktuje z tak potężną sympatią, że aż ci „idioci” nie pasują. Do momentu, kiedy sięgnie się do pochodzenia tego słowa i jego pierwotnego znaczenia. „Idiota” od greckiego „idios” – „swój własny, osobny” i odnosiło się do ludzi, którzy nie uczestniczyli w życiu publicznym, unikali zgromadzeń, żyli własnym życiem, nie angażowali się w życie „polis”. Wypisz wymaluj bohaterowie Backmana, którzy chcą żyć własnym życiem, nie wplątywać się w nic, co wykracza poza znaną codzienność, czuć się bezpiecznie we własnym domu i nie stawać się bohaterami wiadomości, bo zdecydowali się napaść na bank, zmuszeni okolicznościami.
A teraz chyba najważniejsza kwestia – w „Niespokojnych ludziach” autor decyduje się na pełen nadziei i może nawet naiwności krok w budowaniu fabuły – pokazuje, że ludzie są dobrzy, że mogą sobie pomóc, że w końcu zauważają sygnały, że coś złego się z kimś dzieje i reagują na nie. I ja nie twierdzę, że w powieści ta reakcja jest najbardziej zgodna z prawem i niepozbawiona tego powieściowego komizmu całej opowieści, ale iskra nadziei na lepsze jutro dla każdej, ale to każdej postaci tej historii nie tylko tli się nieśmiało, ona wręcz płonie żywym ogniem, radośnie i z iskierkami.

Wniosek? Backman, podobnie jak Mortka, zdecydował się wpleść kwestie zdrowia psychicznego w opowieść o dość swobodnej, komicznej wręcz fabule. Zrobił to jednak konsekwentnie, czyniąc je tą najważniejszą, ale mocno obudowaną innymi kwestiami, osią powieści. Ona nie znika ani na chwilę, ona pojawia się bardziej lub mniej, ale jest i nadaje sens wszystkiemu. U Mortki pojawia się na chwilę to tu, to tam i znika na długo. Komizm i przaśność Kociołkowych opowieści nie tylko rzucają na nią cień, ale momentami dosłownie ją całkowicie tłamszą. Backman ma szacunek i empatię dla tych z problemami, o których pisze, mimo że chwilami z nich pokpiwa, opisuje ich niekonsekwencję i wariackie pomysły. Mortka w sumie nie wiadomo, czy Sarę otacza szacunkiem i zrozumieniem, można założyć, że tak, ale jeśli próbuje się to robić w otoczeniu bekających pijaków, to trzeba by było znacznie dłuższej, bardziej rozbudowanej i głębszej powieści niż jej paragrafowa odmiana o bardzo ograniczonej liczbie stron. I nawet zwracanie na to uwagi w posłowiu tego nie uratuje. Bo nie jest ważne, co autor chciał, ważne, co nam dał. Backman dał nam powieść, która bawi i uczy i to tak, że dotrze do wielu, bo nie próbuje stać na koturnach, jest taka zwykła, ludzka, zrozumiała. U Mortki może i zamysł był ten sam, ale autor wyjątkowo niewłaściwie położył akcenty i to, co chciał nam dać utonęło w balowo-alkoholowych klimatach.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
