Ja mam szczęście do tytułów podrzucanych mi jako te, które mogą mi się spodobać. Z wdzięcznością stwierdzam, że owszem, zazwyczaj dzięki temu trafiam na rzeczy intrygujące, czasami spoza mojej czytelniczej banieczki, czasami nie, ale zawsze ciekawe.

Tym razem podziękowania należą się Marii, bo to ona napisała w wiadomości na Instagramie, że może mi się spodobać, bo to słowiańskie fantasy, ale na dodatek autorką jest „siostra od drutów”, więc tym bardziej poleca mojej uwadze. I tak w domu pojawiła się trylogia „Moc korzeni” Magdaleny Wolff. I od razu napiszę Wam, że jeśli lubicie słowiańskie opowieści, to warto ten tytuł i tę autorkę sobie gdzieś w kajeciku zapisać, żeby nie zapomnieć.

Ciekawe jest to, że to kolejna książka mocno osadzona w słowiańskich wierzeniach i ówczesnym kawałku historii, gdzie kobiety grają główne role, są silne, decyzyjne i często bardziej zdeterminowane od mężczyzn. O tym, że mądrzejsze i inteligentniejsze, nawet nie wspomnę.

Warcisławę z Jastrzębców spotkamy, kiedy ta będzie uciekać, szaleńczo i na oślep, bo jej ukochane miejsce na świecie właśnie napadnięto. Krew, gwałt, śmierć i poczucie, że zostali zdradzeni. Pod powiekami obrazy mordowanej rodziny, a w głowie tylko jedna myśl: „Uciekaj!”. Ale uciekać można tylko do lasu, a przecież wszyscy mówią, że tam jest niebezpiecznie, że las zamieszkują istoty, których nie chce się spotkać. Ale w sumie co to za różnica, jak się zginie. W Jastrzębcach czeka ją pewna śmierć, w lesie… może nie. Ale pościg już za nią goni. I nagle w tym lesie pojawia się chata, na progu stoi mężczyzna i wydaje się mniej groźny od tych, którzy szukają Warcisławy pośród drzew. Ale zdradzę Wam tutaj dwie tajemnice – znajdą ją, niestety, a wtedy okaże się, kim jest gospodarz tej chaty i że bardzo nie lubi, kiedy ktoś tratuje jego las i jeszcze grozi tym, że go spali.

I tak oto okazuje się, że to nie będzie powieść, gdzie bohaterowie będą sobie opowiadać o swoich wierzeniach i bogach, oni ich będą spotykać, a magia szybko zacznie przesiąkać do realnego świata szerokim strumieniem.

Kiedy Warcisława opowiada o tym, co się stało, to Szary (ale nie zdradzę Wam, kim jest naprawdę) sugeruje, że może jej pomóc przedostać się przez las do siedziby jej krewnych, ale jeśli kobieta chce się zemścić, to ma inną propozycję, wizytę u Baby Jagi. Tylko, że to niebezpieczne. Możecie zgadywać, czy nasza bohaterka pójdzie na łatwiznę, czy może jednak zdecyduje, że chce siły i mocy, by się zemścić, by ochronić siebie, swój ród i jego siedzibę. Możecie się domyślić, że macie przed sobą trzy tomy przygód, świata pełnego słowiańskiej magii, rozdziałów pełnych akcji, ale i sprytnie przemycanej wiedzy o tamtych czasach, życiu wtedy, wierzeniach i legendach. Staniecie oko w oko ze żmijem, może dacie się oczarować latawcom, leszy z lasu będzie Wam pomagał albo próbował Was unicestwić, odwiedzicie chramy i siedziby lokalnych władców, dowiecie się o magii szaty z piór i do czego służy prząślica. Będziecie śnic razem z bohaterami prorocze sny i mieć wizje przyszłości. Nawiedzeni kapłani będą Was próbowali siłą nawrócić na wiarę w jednego boga, a liście w świętych gajach starych bogów będą Wam szumieć nad głową. I dowiecie się, dlaczego nieślubne dziecko urodzone po nocy Kupały jest błogosławieństwem, ale urodzone w innym momencie zniszczy waszą reputację. Magdalena Wolff wrzuci Was w sam środek słowiańskiego świata i przez trzy tomy nie puści ani na sekundę.

Kiedy się czytuje powieści z motywem słowiańskich wierzeń czy osadzone w tamtych czasach, to bardzo często okazuje się, że autorzy i autorki kreują w swoich powieściach niesamowicie wyraziste i silne postacie kobiece. Przy czym widać tendencję do tego, żeby nie robić z nich bohaterek na miarę Amazonek, siłaczek i mocarnych herod-bab, czyli miecz w dłoń, skok na konia i nagle mamy maszynę do zabijania. Kobiety w tych powieściach są silne, mądre i sprytne, ale po kobiecemu. Miecz chwycą, ale i solą sypną po oczach. Ruszą z okrzykiem na wroga, ale po to, żeby go pogonić w kierunku zasadzki. W tej powieści jest podobnie. Kobiet mamy tutaj mnóstwo i zapewniam Was, że każda z nich ma swój charakter albo charakterek, swoje nawyki i swoje traumy. Poznacie Gerdę, Ingę, Pężyrkę, Mirkę, Marunę, naszą Warcisławę, ale i Babę Jagę czy Strugę. I one są świetnie napisane! Nie są jednowymiarowe. Nie są schematyczne. Są emocjonalne, wariackie, straumatyzowane, odczuwające całą gamę emocji i tymi emocjami też potrafiące się kierować. I tak, kilka razy zatrzymywałam się w środku rozdziału z pytaniem: „Ale dlaczego tak?”, żeby później sobie zdać sprawę, że podświadomie oczekiwałam decyzji racjonalnej i schematycznej, a tu tego nie ma! Tu jest jak w prawdziwym życiu, kiedy na tą jedną decyzję „składa się wiele czynników” i sporo z nich nie ma nic wspólnego myśleniem, a wiele z odczuwaniem.

Kolejny plus i kto mnie zna, to już wie, że ja za takie rzeczy uwielbiam autorów i autorki – nienachalne przemycanie wiedzy. Wiedzy o tym, jak się wtedy żyło, co jadło, w co ubierało, jak się oddawało cześć bogom i jak wyglądało wnętrze chramu i tysiąc innych rzeczy, które u pani Wolff nie mają ani przez sekundę charakteru „akademickiego” opisu, one są tak wplecione w fabułę, że się je po prostu wchłania mimochodem. I przez moje skrzywienie związane z rękodziełem, tkaniem, przędzeniem czytając, ja nagle zatrzymuję się i uśmiecham, bo autorka pisze, że rozwiązywał kochance troczki koszuli i sznurki spódnicy, a ja kiwam głową z uznaniem, że ona te troczki i sznurki rozróżnia.

Równie dużo dowiecie się o mitologii słowiańskiej, o bogach, boginiach, przeróżnych stworach i potworach troszkę też. Przy czym każda z części trylogii jest odniesieniem do jednej z baśni z naszego kręgu kulturowego i nie tylko naszego (poczytajcie sobie Podziękowania w tomie trzecim, tam autorka podpowiada, co ją inspirowało). I znowu, nie ma opisów, nie ma wyjaśniania, ta magia i wierzenia są po prostu częścią opowieści i nawet człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile się przez przypadek dowiaduje i uczy.

Poszczególne tomy dostały 7 (pierwszy) i 8 gwiazdek. Ale gdybym miała ocenić całość, to dałabym 8/10 i to bez żadnego ale. Dlaczego nie więcej? Bo w kilku miejscach nieco zgrzytnął mi używany język, jakby nie pasujący do czasu i bohaterki. A po drugie miałam wrażenie, że trzeci tom momentami ucinał za szybko wątki, jakby było już tak blisko końca, że skupiamy się na głównej bohaterce i jej poczynaniach, a ktoś inny nam znika z horyzontu i nie wiadomo, co się z nim dzieje. Szczerze pisząc, to ja bym bardzo, bardzo, bardzo chciała jeszcze jakieś pięć tomów dodatkowych, żeby można było poświęcić adekwatnie dużo miejsca innym bohaterom i ich historiom.

I mała śmieszna ciekawostka. Przed trylogią Magdaleny Wolff czytałam „Zatruty kielich” Roberta Jacksona Bennetta, czyli opowieść, w której było mnóstwo cudownych obrzydliwości i wiele scen i opisów doprowadzało mnie do… lekkich nudności, bo autor opisywał to tak żywo, że się nawet czuło te zapachy i słyszało mlaskanie błota, o ile nie czegoś innego. Kiedy zaczynałam czytać „Moc korzeni”, to w sumie spodziewałam się obrzydliwości związanych z opisami bitew, walk, krwi, ale  nic ponad to. A tu niespodzianka – scena z krosnem, tkaniem i panią Ludgardą… Cudownie obrzydliwe.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(