Są takie seriale, które od pierwszych minut dają jasno do zrozumienia, że nie zamierzają iść utartą ścieżką. Nie chcą być ładne. Nie chcą być komfortowe. Nie chcą się wpisać w standardy..
„Farscape” był dokładnie takim przypadkiem.
Na papierze wszystko wyglądało jak czyste szaleństwo: astronauta z Ziemi wpada w tunel czasoprzestrzenny, ląduje na krańcu galaktyki i trafia na statek, który… żyje. A jego załoga to zbieranina kosmicznych uciekinierów, obcych ras, traum i wzajemnych pretensji. Brzmi jak żart. Albo jak dziwna bajka. Tymczasem „Farscape” okazał się jednym z najodważniejszych, najbardziej emocjonalnych i nieszablonowych seriali science fiction przełomu wieków.
I był taki nie przez przypadek.
Choć Jim Henson nie doczekał premiery „Farscape”, jego filozofia tworzenia fantastyki sprawiła, że ten serial stał się jednym z najpełniejszych telewizyjnych testamentów jego wyobraźni.
Choć Jim Henson zmarł niemal dekadę przed premierą serialu i nie brał bezpośredniego udziału w jego produkcji, jego obecność jest tu wyczuwalna w każdej sekundzie. „Farscape” nie jest jego dziełem w sensie formalnym. Jest konsekwencją jego myślenia o fantastyce. Myślenia, które przejęli i rozwijali ludzie z The Jim Henson Company.
To właśnie oni odpowiadali za to, co w „Farscape” do dziś robi największe wrażenie: obcych, którzy nie są dekoracją, tylko pełnoprawnymi bohaterami. Rygel nie jest „śmieszną maskotką”. Pilot nie jest tłem. Moya nie jest tylko statkiem. To żywe, fizyczne byty, z ich ciężarami i emocjami. Efekt, które nie powstały komputerowo, tylko na makietach i kukiełkach, animatronika, ręczna robota – wszystko to sprawia, że widz wie, że ktoś za tym stoi, że to nie cyfrowa robota.
Henson od zawsze powtarzał, że lalka nie powinna udawać człowieka. Powinna być sobą. Dlatego obcy w „Farscape” są dziwni, czasem odpychający, często nieczytelni. I właśnie przez to bardziej wiarygodni niż niejeden gładko wygenerowany kosmita z późniejszych produkcji.
„Farscape” to serial science fiction, który od początku udowadniał, że kosmiczna opowieść może być jednocześnie dziwna, bezczelna, emocjonalna i kompletnie nie do podrobienia.
Ale „Farscape” wyróżniał się nie tylko formą. Równie ważne było to, jak bardzo treścią wyprzedzał swoje czasy. Serial bez większych oporów wchodził w tematy traumy, rozpadu psychicznego, obsesji i moralnej niejednoznaczności. John Crichton nie był klasycznym bohaterem sci-fi. Był facetem, który powoli się łamie – a humor, często absurdalny i autoironiczny, staje się jego mechanizmem obronnym. To nie były żarty „dla żartów”. To był śmiech kogoś, kto wie, że jeśli przestanie żartować, to zwyczajnie nie wytrzyma.
Do tego dochodziła swobodna meta-zabawa formą: halucynacje, popkulturowe cytaty z Ziemi, odcinki stylizowane na kreskówkę czy groteskową farsę. Wszystko to stosowane z rozmysłem, a nie jako jednorazowy eksperyment. Serial zakładał, że widz nadąży. Albo że się zgubi – i że to też jest część doświadczenia.
Warto też zatrzymać się na chwilę przy Scorpiusie. Jednym z tych czarnych charakterów, którzy nie potrzebują podniesionego głosu ani wielkich deklaracji, żeby budzić niepokój. Jego siła nie brała się z klasycznego „zła dla zła”, tylko z bólu, chłodu i obsesji. Z wewnętrznej potrzeby kontroli. Nic dziwnego, że Scorpius regularnie trafia do zestawień najlepszych antybohaterów w historii telewizyjnego science fiction. Był potworem nie dlatego, że taki chciał być, ale dlatego, że w inny sposób nie potrafił istnieć.

„Farscape” zostawił też po sobie bardzo konkretne dziedzictwo. Ben Browder i Claudia Black trafili później do obsady „Stargate SG-1”, a ich ekranowa dynamika nie była tam przypadkiem. Twórcy świadomie sięgnęli po chemię wypracowaną wcześniej w „Farscape”, wiedząc, że to relacja oparta na napięciu, ironii i wzajemnym testowaniu granic. To jeden z tych rzadkich przypadków, gdy duch jednego serialu realnie przenika do innego, nawet jeśli zmienia się konwencja i sposób budowania świata.
I nawet gdy serial został brutalnie skasowany po czwartym sezonie, „Farscape” nie zniknął bez śladu. Presja fanów była na tyle duża, że powstał finałowy miniserial „The Peacekeeper Wars”, który domknął główną historię. Dziś to brzmi normalnie. Wtedy było ewenementem.
To wszystko sprawiło, że serial tak mocno zapadł mi w pamięci. Zawsze ceniłem historię, humor, nieszablonowość i oryginalność – a „Farscape” miał tego wszystko w nadmiarze. I chyba dlatego był jednym z tych tytułów, które koniecznie chciałem mieć na własność. Nie w ramówce. Nie w streamingu. Fizycznie.
Pamiętam to polowanie na kompletny zestaw Blu-ray. Lata temu. Wysyłkowo. Z niemieckiego MediaMarktu. Za pieniądze, które wtedy wydawały się absolutnie chore. Ale ani przez chwilę nie miałem poczucia, że przesadziłem. Bo są takie seriale, które nie są tylko rozrywką. Są manifestem pewnego sposobu myślenia o fantastyce.
„Muppety w kosmosie”? Owszem.
Tylko że to były muppety, które cierpiały, bały się, popełniały błędy i ponosiły ich konsekwencje.
A to – jakby nie patrzeć – bardzo hensonowskie dziedzictwo.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie pochodzą z materiałów promocyjnych serialu.
