„Gideon z Dziewiątego” – o tej powieści wiedziałem na początku niewiele. Opis i okładka sugerowały raczej klasyczne fantasy – mroczne, nekromanckie, osadzone w świecie rytuałów i zakonów. I dlatego po przeczytaniu pierwszego akapitu dosłownie wykrzyknąłem z zaskoczeniem: „To jest science fiction!”. Są planety, podróże międzygwiezdne, promy kosmiczne, laboratoria i technologie, które w żaden sposób nie są magiczne. A jednocześnie nekromancja wpycha nas z powrotem w rejony fantasy. To zderzenie gatunków działa od pierwszych stron i od razu ustawia książkę w miejscu, które trudno porównać z czymkolwiek innym.

W tym świecie nekromancja nie służy kontrolowaniu śmierci, ale przywracaniu do życia – czasem ciała, czasem czegoś znacznie bardziej kruchego.

Ten świat jest technologiczny, pełen procedur i bardzo chłodny, ale jednocześnie nie brakuje tu mistycyzmu i rzeczy, których nie da się do końca wytłumaczyć. Nekromancja nie zostaje tu sprowadzona do naukowej ciekawostki ani do efektownego triku. Pozostaje tajemnicza, momentami niepokojąca, ale też zaskakująco elegancka. Nie epatuje obrzydliwością, nie próbuje szokować makabrą. Jest precyzyjna, estetyczna, niemal ceremonialna. Ciała i kości są elementem świata, ale nie są w nim tanim straszakiem.

To, co robi ogromną różnicę, to klarowność reguł. Świat „Gideon” działa według jasno określonych zasad – społecznych, politycznych i magicznych. Domy, hierarchie, role i oczekiwania są precyzyjnie zarysowane, a ich naruszenie niesie konsekwencje. Dzięki temu nawet najbardziej dziwne i niepokojące elementy nie sprawiają wrażenia przypadkowych. To nie jest chaos udający głębię, tylko konstrukcja, która wie, czym jest i dokąd zmierza.

Z tej konsekwencji bierze się też bardzo specyficzne poczucie napięcia. Obok tajemnicy i zagrożenia pojawia się autentyczne wrażenie przygody i odkrywania – jakby każdy kolejny rozdział odsłaniał nie tylko nowe fakty, ale też kolejne warstwy świata. To napięcie nie wynika wyłącznie z akcji. Wynika z poczucia, że cały czas poruszamy się po terenie, którego jeszcze nie rozumiemy do końca.

Na tym tle pojawia się Gideon. Bohaterka kompletnie niepasująca do miejsca, w którym przyszło jej dorastać. Wychowana w zakonie – jedynej „rodzinie”, jaką zna – funkcjonuje w strukturze opartej na sztywnych zasadach, rytuałach i hierarchii. Problem w tym, że to nigdy nie było jej miejsce. Gideon jest przeciążona regułami, które ją tłamszą, i oczekiwaniami, których nie potrafi ani spełnić, ani zaakceptować. Jej bunt nie jest pozą. Jest naturalną reakcją na świat, który wymaga lojalności, ale nie oferuje bliskości ani zrozumienia. Wystarczy obserwować, jak narzucone role i brak wyboru stopniowo ją duszą. To wspólnota, która nazywa się rodziną, ale działa na zasadach, z których nie da się uciec bez ran, czyli raczej rodzina patologiczna.

Centralnym punktem książki jest relacja Gideon z Harrowhark. To nie jest więź oparta na zaufaniu czy czułości. Raczej emocjonalny klincz zbudowany na wspólnej historii, przymusie i wzajemnym ranieniu się. Ich dialogi są pełne napięcia, ironii i niedopowiedzeń, a jednocześnie coraz wyraźniej widać, że jedno bez drugiego nie potrafi funkcjonować. To relacja trudna, niewygodna i daleka od jednoznacznych ocen.

Ogromną rolę odgrywa tu humor. Gideon reaguje na świat ironią, bezczelnością i żartem, często kompletnie nie na miejscu. Ten ton nadaje książce lekkości, ale też wyraźnie kontrastuje z ciężarem rzeczywistości, w której przyszło jej żyć. Dzięki temu nawet mroczne momenty nie przytłaczają, a styl Tamsyn Muir pozostaje świeży i zaskakująco żywy.

Wątki LGBT są obecne, ale nie są manifestem ani osią fabularną. Po prostu istnieją – naturalnie wpisane w świat i bohaterów. Bez komentarza, bez tłumaczenia się przed czytelnikiem, bez potrzeby podkreślania wyjątkowości. Tak jakby to było coś oczywistego. I dokładnie tak to działa najlepiej.

„Gideon z Dziewiątego” nie spieszy się z odpowiedziami. Buduje świat, wrzuca czytelnika w sam środek wydarzeń i pozwala mu samemu składać elementy w całość. Podsumowując – to połączenie science fiction, fantasy i mrocznej przygody, w którym tajemnica jest równie ważna jak rozwiązanie zagadki. A czasem – ważniejsza. Bo kiedy zamyka się tę książkę, zostaje nie tylko historia, ale też bardzo wyraźne poczucie, że to dopiero początek drogi.

Andrzej

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

1 komentarz
  • Hahnoma
    29 stycznia, 2026

    Czytałabym od razu – a pewnie sama bym na tą książkę nie wpadła. Dziękuję i dopisuję na listę ????

    • intensywni
      29 stycznia, 2026

      Proszę bardzo. U nas się gdzieś tam pojawiła na radarze nowości i też byśmy jej pewnie nie kupili od ręki, ale egzemplarz recenzencki spadł nam jak z nieba.
      pozdrawiam
      Andrzej