Na recenzję „Carrie Soto powraca” będziecie musieli jeszcze chwilę poczekać, ale czytanie powieści o tenisie ma swoje trochę niespodziewane skutki.
Nie wiem, czy wiecie, ale dwa najsłynniejsze korty na świecie mają swoje motta, widoczne, pokazywane przy okazji każdej transmisji telewizyjnej, wielu osobom znane na pamięć, ale nie każdy wie, dlaczego one i dlaczego tam.
Zaczniemy od Francji i nie, nie jest to wskazówka, że turniej imienia Rolanda Garrosa lubię bardziej od Wimbledonu. Po prostu paryskie motto jest dla mnie bardziej kontrowersyjne.
“Zwycięstwo należy do najbardziej wytrwałych”.
Powiedzenie przypisywane jest Napoleonowi Bonaparte i dotyczyło oczywiście działań militarnych. Stało się rozpoznawalne, kiedy jeden z najbardziej znanych francuskich lotników z czasów I Wojny Światowej – Roland Garros – kazał namalować je na swoim samolocie bojowym jako osobiste motto.
Niekoniecznie się zgadzam z oboma, ale w głowie mam je od lat.
Gdy w roku 1928 powstawał kompleks tenisowy w Paryżu, ówczesny prezes klubu Stade Français, a prywatnie kolega Garrosa ze studiów – Emile Lesueuer – przeforsował pomysł, żeby nadać całości imię lotnika, a skoro tak, to na korcie głównym, w bardzo widocznym miejscu, pojawiło się i jego osobiste motto. Bardzo zresztą adekwatne do miejsca i sportu. Gra na pomarańczowej mączce francuskich kortów uważana jest za jedną z najbardziej wymagających, właśnie ze względu na nawierzchnię i w meczach rozgrywanych na niej często to nie talent ani nawet umiejętności są najważniejsze, a wytrwałość i siła psychiczna.
I przyznam się Wam, że to jest takie motto, które z jednej strony mnie bardzo przekonuje – w wielu wypadkach ta wytrwałość, to bycie upartym jak osioł i brnięcie do przodu wbrew przeciwnościom, wbrew ludzkim opiniom, wbrew własnemu zniechęceniu jest kluczowe. Nie talent, nie zasoby, ale ta konsekwencja i wytrwałość. Ale z drugiej strony to między wierszami przekazuje jeszcze inną myśl – poddasz się, jesteś przegrany. I to nie do końca popieram. Trzeba znać ten moment, kiedy powiedzenie sobie „dość, bo płacę więcej, niż zyskuję”, jest cenną umiejętnością. I to nie jest porażka, to jest często po prostu decyzja, mądra, chroniąca nas, nasze zasoby, nasze otoczenie. Często uwalniająca, dająca możliwość zajęcia się czymś innym, na co brakowało i czasu, i chęci. Dlatego ja się zgadzam z Rolando-Garrosowym mottem tylko częściowo – zwycięstwo należy do najbardziej wytrwałych, ale nie zaślepionych.

Z Francji przenosimy się na korty Wimbledonu. Jeśli na paryskiej ścianie było motto przypisywane Francuzowi, to na angielskiej – tak, dobrze się domyślacie. Na angielskiej ścianie najbardziej angielskiego kortu, jaki można sobie wyobrazić, jest napis będący cytatem z wiersza Rudyarda Kiplinga „If” („Jeżeli”). I zanim cytat, to śmieszna ciekawostka. Ten cytat słyszę prawie codziennie, w CNN, bo jest fragmentem reklamy jednego z programów stacji – „Quest Means Business” i te słowa zawsze będą brzmiały w moich uszach głosem Richarda Questa: „If you can meet with triumph and disaster / And treat those two impostors just the same”. Po polsku to można przetłumaczyć dość dosłownie jako: „Jeśli potrafisz stawić czoła triumfowi i klęsce i traktować tych dwóch oszustów tak samo”.
To ostatnie słowa, jakie widzą zawodnicy wychodzący na mecz rozgrywany na Korcie Centralnym, w tym finał, i mają one im przypominać, że zarówno wygrana jak i porażka są chwilowe, obie mają swoją wartość – cieszą lub uczą – a co najważniejsze oba warianty zakończenia meczu to „oszuści”, zmieniający nasze postrzeganie świata na chwilę. Bo w przypadku tenisa i wygrany, i przegrany za kilka dni wyjdzie na kort, żeby odbyć kolejny morderczy trening, zagra w kolejnym turnieju i nawet puchar z Wimbledonu nie jest żadna gwarancją, że zagra dobrze.

Uwielbiam to motto. Dla osoby, która ma tendencję do nadmiernych emocji, wielkich radości i smoliście czarnych smutków, ono pokazuje odpowiednią perspektywę. Każe docenić również wartość porażek, bo to dzięki nim uczymy się najwięcej, choć może i najboleśniej. Ale przede wszystkim wbija w głowę, że i radość, i ból po przegranej są przejściowe i bledną z czasem.
Dla tenisistów te wersy mają jeszcze jedno przesłanie – bardzo angielskie – one mówią też zawodnikom, że zarówno w obliczu porażki, jak i sukcesu należy zachować się z godnością i spokojem… Taaaaak, powiedzcie to Johnowi McEnroe, który wykłócał się z sędziami i „bogami wszelkimi”, krzycząc między innymi do sędziego: „Nie możesz mówić poważnie!”, a arbitrów jako całość nazwał największym dnem świata. Bardziej współcześnie wimbledonowską etykietę łamał Australijczyk Nick Kyrgios, ale tu już cytować nie będę, bo skoro było to nieodpowiednie dla książęcych uszu ośmioletniego wówczas księga Georga, to będzie nieodpowiednie i dla nas.
Posiadanie swojego osobistego motta, wzorem Rolanda Garrosa i wielu innych, jest ciekawe. Czasami bardzo ułatwia, bo staje się taką latarnią morską, kiedy płynie się przez życie. Jeżeli macie ochotę na poszukanie swojego, to możecie zajrzeć do całego wiersza „If” Rudyarda Kiplinga. Ja się przyznaję, że ja sięgam w życiu raczej po „Dezyderatę”, wybierając z niej to, co akurat najbardziej mi potrzebne w danym momencie. Dzisiaj? Dzisiaj mogę napisać sobie w kalendarzu to: „Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak plany, będą dla ciebie źródłem radości.”
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
