Teza jest taka – bycie kobietą w męskim świecie jest wyzwaniem. A skoro tak, to bycie kobietą w świecie sztuki jest wyzwaniem szczególnym, bo to świat, w którym mężczyźni są artystami, są krytykami, są marszandami i właścicielami galerii. Czyli kobiet nie ma? Są, ale prawdopodobieństwo, że zostaną zauważone, będą wystawiane i pozytywnie oceniane, co powinno przełożyć się na sprzedaż, jest mniejsze. Tak twierdzi Siri Hustvedt w swojej bardzo prowokacyjnej powieści “Świat w płomieniach”.
To od razu rozprawmy się z oskarżeniem, że Hustvedt „wymyśla” i przesadza. Dane o odsetku kobiet w świecie sztuki podrzuca nam National Museum of Women in The Arts. Najpierw coś, co może napawać optymizmem (ale nie rozpędzajcie się z radością) – obecnie 70% kończących studia licencjackie i między 65 a 75% kończących studia magisterskie na szeroko pojętych kierunkach artystycznych to kobiety. Ale tylko 46% aktywnych zawodowo artystów to panie. Na aukcjach udział prac kobiet to 23,6%, a sprzedaż ich dzieł wygenerowała 12,6% wartości sprzedaży całkowitej. Czyli możesz studiować, ale wcale nie będzie ci równie łatwo przedrzeć się na rynku. Galerie nie będą chciały cię wystawiać, domy aukcyjne oferować twoich prac, a jak jakimś cudem to się uda, to i tak dzieło uzyska niższą cenę. Czy ja mówiłam, żeby się nie rozpędzać z radością? A skoro o galeriach mowa, to w swojej ofercie mają one około 40% prac kobiet, a to i tak wzrost, bo w 2018 to było 35%. I jeszcze jedna informacja – w ramach personelu muzeów kobiety stanowią większość zatrudnionych, ale pracują głównie na najniższych i średnich szczeblach, ich reprezentacja na najwyższych stanowiskach dyrektorskich jest znikoma.
Pisanie tej recenzji to trochę jak próba opowiedzenia obrazu z nurtu współczesnego abstrakcjonizmu komuś, kto go nie widział i na dodatek jest daltonistą. Trudne…
Hustvedt swoją powieść napisała w 2014 roku i po dekadzie nie wygląda, że wtedy „wymyślała”, a i teraz miałaby dużo racji.
Harriet Burden, po mężu Lord, jest artystką, która na własnej skórze odczuła, jak trudno być artystką w męskim świecie sztuki, na dodatek będąc żoną znanego i cenionego marszanda. Kiedy ktoś pyta znajomych jej męża, czy kojarzą Harriet, to niewielu mówi o jej sztuce, za to wielu o tym, jakie niesamowite przyjęcia wydawała… Bez komentarza. Kiedy mąż umiera, Harriet przechodzi przez okres głębokiej depresji, a później postanawia zrobić coś bardzo nieortodoksyjnego, swoisty eksperyment. Znajduje trzech mężczyzn artystów i „przywdziewa ich maski”, żeby pokazać trzy swoje prace – wielkie, dziwne instalacje. Każdy z nich godzi się na wypożyczenie swojej twarzy i nazwiska. I przy dwóch pierwszych mistyfikacjach wszystko idzie dobrze, gorzej przy trzeciej, bo artysta o pseudonimie Rune okazuje się przebiegłym facetem, który przywłaszczy sobie prace Harriet, a o niej powie, że przecież ona może mówić, co chce, oskarżać go bezpodstawnie, bo ma problemy psychiczne po śmierci męża (kobieta wariatka, kobieta histeryczka, kobieta ze zbyt silnymi emocjami – jak ja „uwielbiam” ten stereotyp). A „Poniżej” to jego dzieło, to jego kreacja, to jego pomysł. A potem na dodatek Rune umiera w dość niespodziewanych i może nieco podejrzanych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy Harriet próbuje głośno powiedzieć, że to ona jest autorką tych prac. Niektórzy wierzą, ale wielu nie. Przecież kobieta nie mogła stworzyć czegoś takiego. Przecież jeśli mężczyzna podpisał to swoim nazwiskiem, to kończy to dyskusję – on jest autorem. Ona może go inspirowała, może raz czy dwa pojawiła się w pracowni… Może…

Powieść określana jest jako błyskotliwa i prowokacyjna. Zgadzam się. Została nominowana do Bookera w 2014, co świadczy o tym, że coś w niej jest. Też się zgadzam, rzeczywiście jest to dowód talentu autorki i jej literackiej wyobraźni, ale jednocześnie trzeba powiedzieć to jasno i głośno – ten literacki kunszt i wyobraźnia nie przełożyły się w tej powieści na linearne, „klasyczne” prowadzenie fabuły. Hustvedt skonstruowała opowieść, która jest jak szalona, fragmentaryczna układanka, jak utwór muzyczny, w którym kilka linii melodycznych pojawia się zaskakujących momentach, łączy ze sobą, zagłusza jedna drugą, przez chwilę brzmi synchronicznie, a potem rozjeżdża się absolutnie. Dlaczego tak jest? Bo „Świat w płomieniach” zapewne przypominałby projekty swojej powieściowej bohaterki – skomplikowane, zaskakujące, momentami zachwycające, momentami obrzydliwe, miniaturowe w jednym miejscu, przerysowane, karykaturalne lub monstrualne w drugim. I tak jak osoby oglądające dzieła Harriet Burden muszą się pochylić, spojrzeć uważnie, zauważyć detale i szczegóły, w których autorka przemyca całe mnóstwo informacji, które łatwo przegapić, jeśli nie jest się bardzo skupionym, to czytelnicy stają się takimi samymi uważnymi detektywami. Hustvedt nie napisała tradycyjnej powieści. Ona dała nam zbiór tekstów. Znajdziecie tu obszerne fragmenty dzienników Harriet, która ta pisała z pasją i bez ograniczeń ani ilościowych, ani tematycznych. Będą artykuły, listy, zapisy wywiadów i rozmów. Będą punkty widzenia całego mnóstwa osób, które z Harriet miały kontakt oraz takich, które wcale nie musiały go mieć, bo przecież można mieć wyrobione zdanie na każdy temat nawet bez znajomości opowieści obu stron jednego zdarzania czy historii, prawda panowie krytycy i panowie eksperci od sztuki?
Ale ku mojemu zaskoczeniu taka forma powieści nie odebrała jej ani grama emocjonalności. Śledzenie historii Burden wywołuje cały wachlarz odczuć, pośmiejecie się, zapłaczecie, poczujecie obrzydzenie i zachwyt. Jednak nie będę nawet ukrywać, że to nie jest książka dla każdego. Jest takie piękne słowo – „erudycyjna” i ono tu pasuje jak ulał, bo autorka miesza gatunki, pisze o całej gamie tematów, odwołuje się swobodnie do nauki, literatury i sztuki, co skutkuje tym, że na jednej stronie mamy króciutki esej o filozofii, na kolejnej rozważania o neuronauce, a wszystko „posypane” cytatami z kilku książek. Tu nie ma miejsca na niezaangażowane czytanie. Na dodatek nawet uważny czytelnik będzie stawiany w sytuacji, kiedy jedno zdanie będzie zawierać trzy słowa, których się nie rozumie. I tak, znacie mnie, ja nie lecę i nie sprawdzam od razu wszystkiego, nie robię notatek i nie przyklejam karteczek. Uznaję, że na tym się nie znam, za to zna się pisarka i jej powieściowa bohaterka, doceniam, podziwiam i szanuję, ale nie rozdzieram szat, że nie wiem. Przy okazji niskie pokłony dla tłumacza tej powieści, Jerzego Kozłowskiego, bo ja mogę się po jakimś terminie naukowym lub fragmencie cytatu „prześlizgnąć” wzrokiem i umysłem, on nie miał takiej możliwości.

I dwie ciekawostki na koniec. Dosłownie zachichotałam, kiedy czytałam recenzje polskiego wydania i zobaczyłam takie oburzone, napisane wielkimi literami: „Ta książka nie ma dialogów!!!”. Ja mam jedną radę dla oburzonych tym faktem. Jeśli książka jest nominowana do Bookera, to nie ma się co spodziewać literatury lekkiej i rozrywkowej. Chcesz dialogów i bezwysiłkowego czytania, to unikaj okładek, gdzie słowo Booker się pojawia. Bo tutaj trafiają powieści, które uznawane są za nowatorskie, przełamujące schematy, głęboko grzebiące w jakimś temacie i język, sposób pisania ma tu wielkie znaczenie. Ale to oznacza, że wiele z nich jest mniej strawnych, a czasami – nie owijajmy w bawełnę – niestrawnych. Krytyk przeczyta i się zachwyci, zwykły czytelnik niekoniecznie. Co nie oznacza, że próbuję Was zniechęcić do czytania Bookerowych powieści! Nie! W żadnym razie. Ale od razu nastawicie się, że ten zachwyt nimi trzeba sobie „wyczytać” w skupieniu i bez uprzedzeń, czasami przyznając, że autor lub autorka wysoko zawiesza intelektualną poprzeczkę.
A druga ciekawostka dotyczy autorki. Jeśli nazwisko wydaje Wam się jakby skandynawskie, to macie rację. Sama Siri jest uznawana za autorkę amerykańską, bo urodziła się w Minnesocie i zdobywała wykształcenie na Columbia University. Ale jej ojciec miał norweskich przodków, choć sam też urodził się w Stanach, był zresztą profesorem literatury skandynawskiej. Za to mama była świeżą emigrantką z Norwegii. Sama Siri swobodnie mówi również po norwesku i ukończyła szkołę w Bergen. I teraz można jeszcze raz spojrzeć na „Świat w płomieniach” i poszukać w treści odniesień do Skandynawii. Zapewniam, że znajdziecie i jeszcze będziecie się zastanawiać, dlaczego właśnie takie. Bo znowu Hustvedt pobawi się z nami w mistyfikacje i szukanie elementów układanki.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
