Uwielbiam powieści, w których kilku bohaterów funkcjonuje w różnych liniach czasowych i ich historie w pewnym momencie zazębiają się o siebie, znajdują punkty wspólne i okazuje się, że ani różnica chronologiczna, ani różnica geograficzna nie jest przypadkowa, bo wszystkie elementy należą do tej samej, często skomplikowanej układanki. A ja mam frajdę, bo wymyślam, co może być tym punktem wspólnym, jak to się połączy i kiedy.

„Tam na niebie są rzeki” już z informacji w opisach wydawcy zapowiadało się na taką właśnie powieść. I pewnie, gdyby zapytać autorkę, co będzie łączyło jej bohaterów, to bez wahania powiedziałaby „woda, kropla wody” – i tej tajemnicy Wam nie zdradzę, ale to jeden z baśniowo-naukowych elementów tej opowieści (tak, wiem, jak brzmi takie zestawienie przymiotników, ale uwierzcie, że jest właściwe).

Elif Şafak pisze baśniowo, ale często mam wrażenie, że bliżej jej do braci Grimm niż tych optymistycznych bajkopisarzy.

Gdybym ja miała powiedzieć, co połączyło bohaterów, to dodałabym do tej wody gliniane tabliczki z pismem klinowym. Kwestie archeologii, badania starożytnych języków, zachwycania się tym, co dawne kultury były w stanie stworzyć i jak piękne i potężne to było – wszystko to ma spore znaczenie w tej opowieści. Równie wielkie znaczenie ma też to, że fanatyzm, zaślepienie i nienawiść, a czasami po prostu brak myślenia i głupota rządzących potrafią te starożytne artefakty zniszczyć, zmieść z powierzchni ziemi tylko dlatego „że nie są nasze, są niewiernych”.

Ale jest jeszcze jedna kwestia wspólna dla naszych trzech bohaterów – ich inność, ich próba znalezienia swojego miejsca w świecie, bo mają wrażenie, że nie pasują ani tu (gdzie się urodzili, skąd pochodzą), ani tam (czyli gdzie znaleźli się dzięki swojej pracy, talentowi czy nawet przypadkowi). I uwierzcie, że nie ma tu znaczenia ani poziom wykształcenia, ani stan konta w banku – jest się innym, bo urodziło się w gorszej dzielnicy, z innym kolorem skóry, jest się wychowanym w innej religii, ma się dziwne imię, cierpi się na jakieś choroby. Ta inność, próby dostosowania się, próby walki o sobie, próby zachowania tożsamości za wszelką cenę, w końcu poddawanie się, chęć zniknięcia – każdy z naszych bohaterów zachowuje się inaczej, ale każdy z nich jest boleśnie świadomy, że świat, w którym się znajduje, nie jest jego światem – oni tu nie pasują.

A kim są nasi bohaterowie?

Mamy nad Tamizą Arthura Smitha, którego poznajemy mniej więcej w połowie XIX wieku. Dziecko londyńskim slumsów, ale dziecko z genialną pamięcią i niesamowitą inteligencją. Jego życie powiedzie go z biednych uliczek nad Tamizą do British Museum i stanowczo dalej na wschód, do starożytnej Niniwy, bo Arthur przez całe życie będzie zafascynowany eposem o Gilgameszu, jako opowieścią i jako tekstem zapisanym pismem klinowym na glinianych tabliczkach.

Wieki później spotkamy małą Jezydkę – Narin. Kobiety z jej rodziny są obdarzone darem (a może przekleństwem) posiadania nadnaturalnych umiejętności. Jej przodkini z czasów Arthura miała dar jasnowidzenia, babcia Narin potrafi znaleźć wodę i umie leczyć, a Narin… tego jeszcze nie wiadomo. Poznajemy dziewczynkę na terenach współczesnej Turcji w 2014 roku, kiedy diaspora Jezydów zostaje zmuszona do opuszczenia swoich ziem, bo rząd planuje zbudowanie potężnej tamy. Ich cmentarze, święte miejsca, domy znajdą się pod wodą. Babcia Narin decyduje, że odbędą podróż nad wody Tygrysu, do świątyni w Iraku, gdzie Narin zostanie ochrzczona. Ale babcia nie przewidzi jednego… ISIS. Wpadają prosto w koszmar ludobójstwa zgotowanego przez terrorystów. Historia Narin jest najbardziej wstrząsająca, a do tego ma swoje „posłowie”, ale o nim później.

A ostatnią bohaterkę spotkamy nieco później, bo w 2018 roku, też nad Tamizą – Zaleekah jest specjalistką od hydrologii, od wody. Jej osobista historia to opowieść o tym, jak żyje się uchodźcom w Anglii. I jej rodzina wcale nie jest biedna, o nie! Jej wuj jest prawdopodobnie jednym z najbogatszych Londyńczyków i to w jego domu się wychowywała po tym, jak straciła rodziców. Ale zawsze musiała więcej, bardziej, mocniej, bo miała inną skórę i dziwne imię. Do tego religia i kultura jej rodziny nakazywała, żeby kobieta była cicha, niesprawiająca kłopotów, mówiąca „tak” i nieznająca sprzeciwu. Aaaaa, i nie wolno przynosić wstydu rodzinie!

Trzy osoby, trzy opowieści i w pierwszej chwili nawet trudno sobie wyobrazić, jak ich życiowe ścieżki mogą się połączyć. Jednak uwierzcie, że autorce udało się utkać tę opowieść tak, że każdy jej element znajdzie swoje miejsce, znajdzie swoje powiązania.

Jednak o jednym muszę Was uprzedzić – mimo, że bohaterowie, miejsca akcji i niezwykły temat mogą sugerować, że będzie egzotycznie, baśniowo, że będzie pachniało dymem z nargili, będziemy czuli smak wschodnich potraw, a w uszach zabrzmi nam szum bazarów pełnych cudowności, to Elif Şafak nie ma w zwyczaju być optymistyczną bajkopisarką. Jej chyba bliżej do braci Grimm, jej powieści mają w sobie fragmenty mroczne i dramatyczne. Jej bohaterowie żyją tak, jak każdy z nas – nie baśniowo, ale z problemami, bólem, strachem. Wielokrotnie doświadczają ich na skalę trudną do opowiedzenia. W tej historii to mała Narin będzie przeżywała najbardziej trudne do wyobrażenia cierpienia, ISIS nie oszczędzi jej niczego. A Elif Şafak nie ma też skłonności do przeciągnięcia czytelnika przez dramatyczną opowieść, żeby później złagodzić ją happy-endem. To nie ona, to nie w tej powieści. Tutaj może i małe happy-endy będą, ale takie minimalne, takie dające nadzieję, że nie cały świat i nie wszyscy ludzie są koszmarni. Uprzedzam o tym, bo osoby wyjątkowo wrażliwe mogą mieć problem z emocjami w trakcie czytania, są tu opisy związane z ludobójstwem na ludności jezydzkiej i torturami, jakim poddawane były kobiety i dziewczynki, które porwano, jest kwestia handlu ludźmi we współczesnym świecie, a wszystko to opisane „bez znieczulenia”, bardzo graficznie – zapewnijcie sobie komfort, sięgając po tę powieść i wsparcie, jeśli odczucia wywołane książką staną się trudne do samodzielnego przepracowania.

Warto także poświęcić chwilę na posłowie od autorki, w którym nie tylko opowiada o procesie powstawania tej historii, ale odnosi się też do poszczególnych bohaterów i tematów. Co czytała, co ją zainspirowało. Kto był pierwowzorem Arthura (a był nim równie niezwykły, genialny człowiek, którego pamiętniki i prace na temat Niniwy można sobie poczytać). Jak trudne i emocjonalne było zbieranie materiałów do części dotyczącej małej Narin i Jezydów. Człowiek czuje ogromny szacunek nie tylko do ilości pracy, jaką autorka włożyła w przygotowanie się do napisania tej powieści, ale też ile empatii i szacunku czuła do swoich bohaterów i ludzi, którzy ją do ich stworzenia zainspirowali, podzielili się wiedzą, podzielili się trudnymi do opowiedzenia historiami. I – co chyba ważne – wyjaśnia też, skąd ten niezwykły tytuł powieści.

Czytajcie Elif Şafak, to zawsze dość wymagająca lektura, ale warto, ona w ten swój niesamowity, lekko baśniowy sposób opowiada o historii, o ludziach, o zdarzeniach i zawsze zostawia swojego czytelnika/czytelniczkę z głową pełną myśli, emocji i odczuć, które nie bledną długo po skończeniu ostatniego zdania.

Gdyby ktoś polubił sposób, w jaki Elif Şafak tworzy swoje niesamowite opowieści, to możecie sięgnąć po „Ucznia architekta” – autorka zabierze Was do XVI-wiecznego Stambułu i poznacie Dżahana, który trafia na dwór sułtana jako opiekun słonia, ale szybko znajduje swoje prawdziwe powołanie i jest świadkiem tego, jak powstają największe budowle tamtych czasów i jak dwór sułtana aż drży od intryg, walki o władzę i zdrad.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(