Najpierw będzie ciekawostka, ale nie bez znaczenia. Polski tytuł tej powieści to „To jeszcze nie koniec”, co sugeruje, że jakaś historia tylko wydaje się zakończona, ale będzie miała ciąg dalszy albo odbije się czkawką jednemu z bohaterów. Od razu napiszę, że to się zgadza z treścią. Ale gdybyście zajrzeli na stronę redakcyjną, to tam jest tytuł oryginału – „The One That Got Away”, co w kwestii sugestii co do historii może sugerować coś więcej niż ten polski. Czy sugeruje? Czy to jest „Ta, która uciekła”, a może „Ten, któremu się upiekło”, tego Wam oczywiście nie zdradzę.
Dla Egan Hughes to jest debiut. Przyjmowany różnie, od zachwytów po rozczarowanie. U mnie takie pół na pół. Szczegóły za chwilę.
Gdyby miała Wam podsumować fabułę w jednym zdaniu, to pewnie byłoby to coś takiego: Mroczne aspekty ludzkich relacji, w których pojawia się patologiczna kontrola, a później trauma, a to ma wielki potencjał skończenia się zemstą.
Ten życiowy rejs nie miał prawa się dobrze skończyć. Pytanie – czy o tym nieuniknionym końcu czyta się naprawdę tak dobrze, jak sugeruje to wydawca? Hmmm…
Punktem wyjścia tej opowieści jest moment, kiedy główna bohaterka – Mia – próbuje sobie ułożyć życie na nowo. Odeszła od chorobliwie kontrolującego i toksycznego męża i ma wrażenie, że to ten etap, kiedy zaczyna być w końcu lepiej. I właśnie wtedy policja puka do jej drzwi i mówi, że oto były mąż został znaleziony martwy. Ktoś go zastrzelił na jego łodzi. Kto? A kogo się podejrzewa w pierwszej kolejności? Najbliższych. Czyli Mia nie może spać spokojnie. I tak by nie spała, bo ona ma sekrety, które w tej sytuacji mogą być niebezpieczne. Jednak głównym motywem powieści wcale nie jest wątek kryminalny. Jest nim analiza mechanizmów przemocy psychicznej i emocjonalnej oraz nadmiernej kontroli. Hughes opisuje związek, który wydaje się jak z bajki, gdzie żyli długo i szczęśliwie, ale szybko okaże się, że to raczej baśń napisana przez braci Grimm i to w złym humorze. I od razu Wam napiszę, że o ile wątek kryminalny oceniłam niezbyt pozytywnie, o tyle wątek psychologiczny już znacznie wyżej. I nawet zastanawiam się, czy autorka zamiast z uporem godnym lepszej sprawy brnąć w thriller, który nie był doskonały, mogła stworzyć klimatyczną, duszną powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym, ale drugoplanowym. Te opisy relacji małżeńskich w prawie klaustrofobicznych okolicznościach bycia i życia naprawdę jej nieźle wychodziły. Ale to moja opinia, możecie się ze mną kłócić.
Dla thrillerów charakterystyczne są nagłe, zaskakujące zwroty akcji. To tak w teorii, bo tutaj wcale się tak nie dzieje. Tutaj pojawiają się momenty, które wywołują większe zainteresowanie czy lekkie zaskoczenie, ale żeby coś wywołało moje wielkie emocje, to przykro mi, ale się nie zdarzyło. Żaden z nich nie zaskoczył do poziomu wzdychania, że „nooooo, ale się porobiło, tego to się nie spodziewałam”. Wiele osób w swoich opiniach twierdzi, że zakończenie jest satysfakcjonujące, wyjaśniające wszystko i spajające wątki. Owszem, zgadzam się, ale niestety zamykając książkę, czułam lekką ulgę, że to koniec i to sensowny, przyznaję, ale nie żal, że nie ma już ani jednego rozdziału więcej.

I końcówka była doskonałym przykładem tego, w jaki sposób pisze autorka – ona nie kreuje potoczystej, wciągającej historii, która jest tworzona tak, że wzbudza emocje charakterystyczne dla thrillera. Jej pisanie od pierwszych stron określałam jako „rozedrgane” i końcówka też taka była. A nie o to chodzi, żeby pisać o mrocznej atmosferze zagrożenia, ale żeby taką tworzyć w głowie czytającego.
Uprzedzam o jednym, bo wiele osób tego nie lubi – autorka stosuje przeskoki czasowe między latami. Są jednak jasno oznaczone w tekście i zamknięte w ramach oddzielnych rozdziałów, więc nie ma poczucia, że się czytający gubi i nie wie, o kim i o jakich czasach czyta. Zmienia się też jednocześnie narratorka tych poszczególnych części, co dodaje historii nieco intrygujących elementów.
Ja dałam temu 6/10. Za thriller by to dostało 4/10, ale w mojej głowie ocenę uratowała warstwa psychologiczna.
O tym, że uważam, że to w ogóle powinna być powieść obyczajowa, mroczna psychologicznie i z wątkiem kryminalnym, to już wiecie, ale w czasie czytania mój główny problem polegał na czymś inny. Ja się za nim nie mogłam pogodzić z tym, że to jest określane jako thriller psychologiczny. Nijak mi się to nie zgadzało. Gdyby mnie ktoś zapytał, to bym powiedziała, że to powieść kryminalna z mocnym tłem psychologicznym, ale thriller? Nie.
I do tego stopnia nie mogłam się poukładać z opisem z okładki – „Thriller” i moimi odczuciami – „Kryminał”, że aż sobie wyguglałam główne cechy obu gatunków i oto, co mi wyszło.
Główna różnica między tymi rodzajami powieści sprowadza się do tego, kiedy dochodzi do przestępstwa i na czym autor lub autorka koncentrują uwagę czytelnika.
W kryminale szukamy odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”, w thrillerze „co się stanie za chwilę?” i „kto przeżyje, a komu stanie się coś niemiłego?”. Idąc tym tropem, „To jeszcze nie koniec” jest – KRYMINAŁEM.

Kryminał często zaczyna się od znalezienia cała. Thriller od sytuacji i zdarzeń, które wywołują poczucie narastającego zagrożenia, a do morderstwa dochodzi później albo nie dochodzi wcale, bo okazuje się, że można mu zapobiec. Idąc tym tropem, „To jeszcze nie koniec” jest – KRYMINAŁEM.
Następna różnica bardzo mi się podoba jako opis. Kryminał ma tempo „intelektualne”, czyli jest dedukcja, zbieranie dowodów, przesłuchania. Thriller ma tempo sprinterskie i akcyjne, czyli jest wyścig z czasem, dużo się dzieje, są zwroty akcji i narastający poziom leku. I według mnie ta powieść nadal jest zatem – KRYMINAŁEM!
I w końcu kwestia bohatera. W kryminałach to często policjant lub detektyw, który odkrywa, co się stało, analizuje, ale często zachowuje dystans. W thrillerze bohaterem jest zwykły człowiek uwikłany w coś niebezpiecznego, niebezpieczeństwo dotyczy go osobiście i niewiele może z nim zrobić. I jeśli sądzicie, że napiszę „thriller”, w końcu, to się mylicie, bo autorka tak skonstruowała swoją bohaterkę, że ona w sumie prowadzi śledztwo, chodzi, pyta, kombinuje, próbuje dowiedzieć się kto i czemu… KRYMINAŁ!
I ja bym się upierała w stosunku do tej powieści przy kryminale z psychologicznym tłem. Ale wiele osób będzie się ze mną jednak kłócić, bo mamy bohaterkę z bardzo subiektywnym punktem widzenia, która wręcz może zostać określona jako „niewiarygodna narratorka” i do tego niestabilną emocjonalnie. Do tego podkreślają, że to bardziej opowieść z dusznym klimatem i elementami manipulacji niż opowieść o śledztwie policyjnym. I gdyby to był kryminał, to musiałoby być więcej wyjaśniania motywów działania, tylko warto zauważyć, ze policja tu jest i działa, a rolę głównego „detektywa” pełni Mia.
Przeczytajcie, oceńcie sami, dajcie znać, czy wkładacie tę opowieść do szufladki „thriller”, do szufladki „kryminał”, czy do szufladki „diabli wiedzą, co to jest, ale całkiem niezłe albo całkiem złe”.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
