Miałam sobie tę recenzję darować, ale doszłam do wniosku, że mamy tu ciekawe zjawisko wydawnicze, więc jednak recenzja będzie.
O czym jest „To nie jest kraj dla singli” Felicii Kingsley? Oczywiście to romans, bo autorka uwielbia je pisać, ma misję przekonywania, że romans to literatura dla każdego, niezależnie od płci i, co najważniejsze, umie to robić. Małe włoskie miasteczko z posiadłością nieco podupadłych arystokratów i winnicą. Dotychczasowy właściciel umiera bezdzietnie. Osoby zatrudnione w willi i winnicy czekają na to, kto obejmie spadek, bo możliwości jest kilka (oby nikt z Pizy!). Ale gdy notariusz dostarcza najnowsze wieści, że to będzie dalsza rodzina z Wielkiej Brytanii, w miasteczku wybucha euforia. Ludzie jeszcze pamiętają, że nowy zagraniczny właściciel bywał tu razem z siostrą i przyjaciółmi w czasie wakacji. Liczyć potrafią i szybko kalkulują, że to będą teraz kawalerowie w wieku małżeńsko-odpowiednim. Szaleństwo, jakie ogarnia mamusie i ich niezamężne córki sięga zenitu. Nieco spokojniej jest w samej willi, ale i tutaj świadomość, że pojawią się znajomi z przeszłości, wprowadza lekki zamęt. A w siostrach Benetti budzi to wspomnienia.
Gotowy scenariusz na film? Tak! I Amazon nie zawaha się go użyć… Podobno.
I chyba już nie muszę pisać, że nastoletnie sympatie zamieniają się w dorosłe zauroczenia i zakochania. Jest sporo humoru, ale jak może być inaczej, skoro mamy cały wachlarz małomiasteczkowych zdeterminowanych postaci mamuś i wcale nie mniej zdeterminowanych córek. Happy end oczywiście będzie, bo to jest w końcu romans. Jest sporo scen przepełnionych erotyką, ale jak na panią Kingsley nie ma przesadnie dużo scen definitywnie łóżkowych. Jednak powieść jest stanowczo dla dorosłych.
I jeszcze jedno, skoro bohaterka to Eliza Benetti, a jeden z głównych bohaterów to Michael D’Arcy, to możecie się łatwo domyślić, co było inspiracją do powstania tego tekstu. Nawiązań do klasycznej powieści Austen jest sporo.
Jeśli ktoś mnie zapyta, czy czytać, to powiem, że tak. Dostaniecie lekki, sprawnie napisany romans w ciekawych okolicznościach włoskiej przyrody, włoskich emocji i włoskiej kuchni (czytelnik robi się głodny, uprzedzam).

Ale! Bo przecież zawsze jest jakieś „ale”. Jeśli pamiętacie, czytałam już dwa romanse pani Kingsley, które wcześniej wydano w Polsce – „Spotkajmy się w Central Parku” i „Miłość pod przykrywką”. Linki do recenzji wrzucimy Wam gdzieś w tym wpisie, gdyby ktoś przegapił. I to były dwie w miarę świeże propozycje tej autorki. Świeże i już nieco inaczej pisane. Romans jest tam osią, ale w tle dzieje się niesamowicie dużo innych rzeczy – opowieść jest bogata, skomplikowana, dotykająca ważnych kwestii. Kingsley pisze już zupełnie na innym poziomie, dojrzalej, pikantniej też, ale przede wszystkim z przekonaniem, że romansowa oprawa może zawrzeć w sobie nie tylko typowo miłosny obraz opowieści, może zawierać dużo, dużo więcej.
Co ciekawe Kingsley zdążyła już napisać nowsze powieści, ale to nie na zakup praw do nich zdecydowało się wydawnictwo. Zdecydowało się kupić prawa do tłumaczenia i wydania czegoś, co zostało napisane wcześniej – „To nie jest kraj dla singli” pojawiło się na rynku w 2022 roku. I może się zdarzyć, że czytelnik rozpuszczony już dwoma poprzednimi tytułami, przyzwyczajony do tego, że to nie są typowe romanse, że jest w nich znacznie więcej, dostaje nagle… w sumie zwykły romans. Chociaż… też nie tak do końca, jeśli chce się czytać między wierszami.
Przy czym mogę Wam zdradzić wcale nie taką dużą tajemnicę, co mogło być powodem tego, że to właśnie na ten tytuł zdecydowano się właśnie teraz – powstaje film. I jako materiał filmowy, ta powieść jest doskonała, będzie lekko, wakacyjnie, pięknie krajobrazowo i zabawnie. A kiedy pojawi się film, to wzrośnie zainteresowanie książką, a tu proszę – książka jest! W sumie sprytnie.

I na chwilę wrócę do tego czytania między wierszami powieści „To nie jest kraj dla singli”. Tak, to nie jest ten poziom skomplikowania historii jak w przypadku dwóch wcześniej wydanych w Polsce powieści tej autorki. Tam jest już „na bogato”, ale i tym razem w romansowej ramie Kingsley udało się tu zamknąć opowieść o spełnianiu dziecięcych i nie tylko dziecięcych marzeń. O tym, że czasami życie zmusza nas do zmiany planów i możemy wtedy zgorzknieć i marudzić do końca życia albo możemy spojrzeć na to, co daje nam los – tak, te przysłowiowe cytryny i pomyśleć, jak zrobić z nich lemoniadę i to nie gorzką. Mamy też bohatera, który przez całe swoje życie rywalizuje z kimś, kogo już obok niego nie ma, w zasadzie żyje jego życiem, pracuje w jego dawnej firmie, haruje jak wół, żeby widzieć materialne sukcesy i zapomnieć o tym, że jest po prostu nieszczęśliwy w swojej codzienności. Ale rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady… Tfu! Do Toskanii. To by było nieodpowiedzialne, prawda? A może nie? Może główną odpowiedzialnością jest jednak troska o to, żeby być szczęśliwym i spełnionym, a nie na skraju wypalenia zawodowego i z ciągłym poczuciem, że tylko więcej pracy zagłuszy ten cichy głos w głowie, że to nie wcale to, czego tak naprawdę chcę. I w końcu mamy bohaterkę, która dosłownie zamiera ze strachu, że oto musi rzucić się na głęboką wodę, ale żeby spełnić jej marzenia, nie ma innej opcji, więc bierze głęboki oddech, skacze na główkę i ma nadzieję, że basen jest jednak pełen wody. I jest, bo okaże się, że los, widząc taką desperatkę, nagle zaczyna układać wszystko zgodnie z jej potrzebami, może nie od razu, może z pewnymi potknięciami, ale powoli wszystko zaczyna iść w odpowiednim kierunku.
Czyli co? Tylko romans? Nie, jeśli zechcecie przeczytać tę powieść inaczej – to może być podręcznik projektowania swojego życia, nie tylko zawodowego.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
