Zacznę od tego, od czego zaczyna również Ivy Fairbanks, czyli od stwierdzenia, że w „Twoja aż po grób” głównym bohaterem jest właściciel domu pogrzebowego i nie jest to informacja, która nie ma znaczenia dla całej opowieści. Za autorką ostrzegam zatem, że jeśli ktoś jest wrażliwy na kwestie związane z pogrzebami i zajmowaniem się zwłokami we wspomnianych domach pogrzebowych, to może lepiej sięgnąć po inny romans.
Ale zachęta do czytania o miłości, co?
Przy czym od razu uspokoję, że owszem, Fairbanks opisuje momentami dość szczegółowo, co się ze zmarłym dzieje, żeby prezentował się później godnie, ale nie jest to tak, że w każdym rozdziale mamy jakieś skrajności. Jednak jeśli się już decyduje na takie opisy, to nie stroni od szczegółów i ja w sumie nie wiem, czy wiedza o zatyczkach do różnych otworów ciała jest mi tak niezbędnie potrzebna. Ale jeśli autorka chciała „delikatnie” zaakcentować, że zrobiła porządny „research”, to owszem, nie da się tego nie zauważyć.
Romans z cmentarzem w tle? Ten nie jest pierwszym ani ostatnim, ale zawsze pojawia się pytanie, na ile autor lub autorka te motywy funeralne wykorzystają. Tutaj jest… no, jest!
No to ostrzeżenie było, teraz przejdźmy do fabuły.
Już wiecie, że Callum prowadzi dom pogrzebowy w Irlandii, który założyli jego dziadkowie, a on sam czuje, że to jest coś, co powinno być rodzinnym biznesem teraz i na wieki wieków amen. Trzeba mieć świadomość, że ojciec Calluma zniknął z rodzinnego obrazka jakiś czas temu i jest mało zainteresowany pracą. Jednak dziadek na łożu śmierci postanawia, że przyszłość domu zależy od tego, czy pojawi się na świecie kolejne pokolenie. Wniosek? Callum musi mieć żonę (i dziatki w przyszłości). Daje wnukowi kilka miesięcy na to, żeby tak się stało, jeśli nie, to dom pogrzebowy trafi w ręce ojca, który już pohukuje, że go sprzeda, zarobi, a dziedzictwo to on ma tam, gdzie te wspomniane zatyczki. A Callum jest nieśmiały, nie ma zadatków na łamacza serc, do tego się jąka, a randka jawi mu się jak tortury.
I tu pojawia się Lark, prosto z Teksasu, w różowych kowbojkach. Kobieta związana z przemysłem filmów animowanych, która znalazła sobie pracę bardzo daleko od domu, bo dom kojarzy się już tylko ze stratą, bólem i samotnością – Lark straciła męża. Nowa sąsiadka po prostu musi zwrócić na siebie uwagę wszystkich, z Callumem włącznie. Tylko czy radosna, otwarta Lark będzie dobrą parą dla cichego, mrocznego Calluma? I tak oto mamy zarysowany wątek romansowy.

Ale oprócz historii o szukaniu żony, o uciekaniu przed ciemnością żałoby po osobie bliskiej i zakochiwaniu się w sobie dwójki bohaterów, w tej powieści jest sporo więcej.
Po pierwsze postać Maeve, czyli starszej pani, którą Lark poznaje, kiedy chce od niej odkupić jakiś używany mebel. Różnica wieku między paniami nie ma znaczenia – to jak spotkanie bratnich dusz. Historia Maeve i jej podejście do życia są jak podręcznik tego, że żyć trzeba tak, żeby niczego nie żałować, podejmować decyzje tak, żeby nie ranić własnej duszy i koniecznie mieć poczucie humoru i dystans do siebie, bo bez tego życie jest jeszcze trudniejsze do przejścia.
Po drugie można oczywiście popatrzeć uważniej na Calluma i jego radzenie sobie z własnymi słabościami, tym jąkaniem i nieśmiałością. Poza tym w Callumie drzemie sporo ciekawych cech i jego kręgosłup moralny i zawodowy jest niesamowity. Może posłużyć jako niezły przykład tego, że nie trzeba być popularnym i głośnym, żeby być zauważanym i docenianym. On uczy, że kiedy nie starasz się być jak zupa pomidorowa, żeby cię wszyscy lubili, to zazwyczaj okazuje się, że zobaczą cię i pokochają ci właściwi ludzie. Może niewielu, ale za to tych godnych twojej uwagi.
A jeśli chce się pogrzebać w tej powieści jeszcze głębiej, to dostaniemy opowieść o tym, jak drobna, śliczna, utalentowana i bardzo dobra w swoim zawodzie kobieta stanie przed koniecznością walki o swoją pozycję i starcia z biurowym „przemocowcem” w osobie „ja jestem krewnym szefa, więc pocałujcie mnie w…”, czyli głównym animatorem studia, który nie może przeżyć tego, że Lark dostała stanowisko, na które on polował i zrobi wszystko, że się jej pozbyć. Dobry podręcznik tego, jak sobie w takich sytuacjach radzić, co robić, a czego niekoniecznie, bo Lark nie jest idealną wojowniczką o swoje.

Czy ja nadal piszę o romansie?
A owszem, piszę i zapomniałam Wam powiedzieć, że to jest pełnokrwisty romans, więc i scen łóżkowych nie zabraknie, czyli to tytuł dla dorosłych i nie dajcie się zwieść słodkiej okładce – nie podsuwamy tego nieletnim.
Ale jak się okazuje, nawet w romansie można dostrzec znacznie więcej, jeśli się tylko chce go czytać na wielu poziomach. I można się uczyć od każdej z postaci, nawet jeśli ma kask w słoneczniki i te różowe kowbojki. Co było do udowodnienia, bo „Twoja aż po grób” nie trafiła w moje ręce przypadkiem, stała się materiałem naukowym do pewnego projektu, ale o tym… za jakiś czas.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
