PIĄTEK
Jakoś mi w tym tygodniu internety pokazywały całe mnóstwo informacji o tym, jaki to jest astrologiczny Byk (to wiem, żyję ze sobą pół wieku, dokształciłam się) i co mnie czeka w tym roku (boję się naiwnie uwierzyć w te dobre omeny, ale jeśli się sprawdzą…)
I jakoś tak mnie ta bycza astrologia zainspirowała do poszukania, czy jacyś bohaterowie literaccy są spod znaku Byka, ale powieści raczej nie rzucają dokładnymi datami urodzenia, więc pytanie nieco się zmieniło – czy jacyś bohaterowie są uważani za urodzonych w tym znaku. I proszę bardzo!
Bilbo Baggins z „Hobbita”, bo to domator ceniący wygodę, smaczne jedzenie i święty spokój, ale kiedy trzeba to jest uparty jak osioł.
Mary Lennox z „Tajemniczego ogrodu” z powodu jej relacji z ziemią, naturą i bycie wręcz archetypem znaku ziemskiego.
I – tu fanfary – Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia” i akurat u niej podkreśla się, że ma byczą lojalność wobec rodziny i bardzo silne trzymanie się własnych zasad życiowych i etycznych.
SOBOTA
Za każdym razem, kiedy pojawia się nazwisko Artemisii Gentileschi, wraca do mnie powieść, którą napisała Mia Kankimäki „Kobiety, o których myślę nocą”. Czytałam ją pod koniec 2024 i w recenzji napisałam, że to będzie jedna z najlepszych książek przeczytanych w tamtym roku. Okazuje się, że to jedna z najlepszych książek przeczytanych w ciągu ostatnich dwóch lat.
Wkleję Wam fragment recenzji.
„Może najpierw o tym, o czym książka jest. Ona jest w sumie o tym, jak powstawała (tak, znowu prowokacyjnie i przewrotnie). Jak autorka wymyśliła sobie, że napisze o kobietach niezwykłych, wyprzedzających swoje czasy, łamiących zasady i mających w nosie… a czasem i w innej części ciała, jakie oczekiwania ma wobec nich społeczeństwo. Mia jeździ ich śladami, czyta o nich, myśli o nich nocą (i za dnia też) i okazuje się, że z ich historii można wyciągnąć wiele życiowych wskazówek.
O jakich postaciach rozmyślamy zatem po nocach razem z autorką? O Karen Blixen i jej słynnej farmie u stóp góry Ngong. O podróżniczkach z XIX wieku, które w długich sukniach i czasem w czepeczku z falbankami na brzegach podróżowały dookoła świata i jako pierwsze białe osoby (kobiety!!!) stawiały stopę w takich zakątkach świata, gdzie białego jeszcze nie widziano. O artystkach, które w czasach, kiedy kobieta mogła w pracowni malarza zbierać szmatki do prania, pozować nago lub w ubraniach, a najlepiej to siedzieć w kuchni i dbać o zapełnienie brzuchów mężczyzn i dzieci, łapały za pędzel i malowały, i to z sukcesem. Tu między innymi pojawia się Artemisia Gentileschi i Sofonisba Anguissola, a bardziej współcześnie Japonka Yayoi Kusama.
A do tego mamy historię samej autorki, która walczy z pomysłem, czasem, sobą. Nie jest żadną superwoman, która pisze z szybkością światła, wszystko jej wychodzi, a deadline’y jedzą jej z ręki. A skąd! Ona ma dość, ona choruje, ona się boi, ale – podobnie jak jej bohaterki – jednak pakuje się i wyjeżdża, tworzy, zmusza się i znajduje natchnienie w najmniej prawdopodobnych miejscach.”
Jeśli kiedyś rzucił Wam się w oczy ten dziwny tytuł i zastanawialiście się, czy warto po niego sięgnąć, to napiszę z ręką na sercu, że warto.
NIEDZIELA
Teoretycznie po włosku czytam wszystko i tylko włoska poezja i jakieś teksty naukowe potrafią mnie zostawić w stanie „nie rozumiem” lub „rozumiem słowa, ale ucieka mi całość”. Teoretycznie. Ponieważ w Polsce właśnie wydano „To nie jest kraj dla singli” Felicii Kingsley, a ja jestem szczęśliwą posiadaczką wszystkich jej książek po włosku, to sięgnęłam po „Non è un paese per single”. Pierwszy trzy rozdziały i poczułam się jakbym włoskiego nie znała. Ok, ogół rozumiem, ale całe fragmenty dialogów, słówka, zdania – jak w obcym języku. Czytałam wieczorem, po ciężkim dniu, miała być lekka i przyjemna lektura, a ja poczułam się głupia. Rano otworzyłam książkę jeszcze raz. Wpisałam kilka zwrotów do translatora i okazało się, że powodem nie jest to, że językowo zgłupiałam do maksimum. Powodem jest to, że autorka osadziła akcję w Toskanii i nie stroniła przed użyciem toskańskiego dialektu. I wszystko jasne. To tak, jakby osobie uczącej się polskiego dać tekst napisany w gwarze poznańskiej.
Efekt? Poskarżyłam się mężowi, a ten kupił mi polska wersję, żebym na tym etapie nie musiała walczyć z oryginałem. Ale ja kiedyś do niego wrócę!
PONIEDZIAŁEK
No i się doczekałam. Doczekałam się pierwszej w tym roku książki, którą Andrzej polecił mi do natychmiastowego czytania (tak, zgodnie z naszą małżeńską umową). A książka musi być dobra, a chyba nawet genialna od pierwszych stron, skoro po przesłuchaniu przez niego mniej więcej dwóch godzin audiobooka (z prawie dwudziestu, które ma całość) od razu usłyszałam, że to jest właśnie ten tytuł. Natasha Pulley do tej pory pisywała raczej powieści, gdzie historia mieszała się z fantasy czy steam punkiem. „The Mars House” (niestety niewydany w Polsce) to powieść sci-fi, opowiadająca historię marsjańskich kolonistów.
WTOREK
Zdarza nam się kupować książki wydawane przez Taschen. Mogę się nawet przyznać, że je uwielbiam. Są przepięknie wydane, mają gigantyczne ilustracje i naprawdę dopracowaną treść. Do tej pory moją ukochaną jest wielka biografia Leonarda da Vinci i kiedy piszę wielka, to nie przesadzam, bo jest takiego formatu, że nie daje się trzymać na kolanach, a noszenie jej zostawiam Andrzejowi, bo mnie nieco przerasta. „What Great Paintings Say” jest nieco mniejsza i nieco lżejsza. Ale jeśli ktoś uwielbia obrazy i kiedykolwiek marzył o studiowaniu historii sztuki, to lepszego prezentu nie można sobie zrobić. To pozycja przekrojowa – każdy okres w historii sztuki, najbardziej znani artyści i jedno dzieło, ale „rozebrane na czynniki pierwsze”, ze zdjęciami detali, opowieściami o kolorach i fakturach, o nawiązaniach do innych mistrzów, o hołdach składanych pędzlem innym artystom. Ze względu na to, że ostatnio powieściowo pojawiła mi się w życiu Artemisia Gentileschi, to właśnie do rozdziału o niej zajrzałam. I okazało się, że nawet chustka na głowie sportretowanej kobiety ma swoje znaczenie, nie jest przypadkowa. A czy ktoś zwrócił uwagę na buty Judyty? Nie? A warto. Uwielbiam tę książkę właśnie za to, że bierze mnie za rękę, stawia przed obrazem i opowiada tak, jakby to była najbardziej interesująca historia na świecie.
ŚRODA
Czy właśnie wydałam pieniądze, żeby kupić wersję audio powieści, którą mamy papierowo? Oczywiście, że tak. Zdarza mi się takie szaleństwo. Szczególnie kiedy oceny jakości nagrania, zaangażowania lektora i ogólnego wrażenia po słuchaniu audiobooka są u innych słuchaczy bliskie maksimów, czyli mamy do czynienia z czymś świetnym w treści i formie. Co kupiłam? Otóż mamy piękne polskie wydanie „For Whom The Belle Tolls” i czyta je właśnie Andrzej. Ja już skończyłam. Ale zatęskniłam i mu zazdroszczę, że on gania po piekle, a ja nie. A że angielski audiobook wywołuje w słuchających zachwyty, to czemu ja mam sobie odmawiać? Życie jest za krótkie, żeby nie robić sobie przyjemności.
CZWARTEK
Wcale nie robię z tego tajemnicy, że nie o wszystkich kupionych i czytanych książkach donoszę publicznie. I jeśli ktoś sądzi, że zostawiam w tajemnicy wszystkie potencjalne „guilty pleasure”, pikantne romanse łamane na powieści erotyczne, to będzie lekko zdziwiony. Otóż najczęściej nie piszę o tych tytułach, które są bardziej lub mniej związane z moim wykształceniem i zainteresowaniami, jakie z tego wynikają. Ale tym razem Wam podrzucę dwa najnowsze tytuły, bo są mega ciekawe. Obie z nich pojawiły mi się jako omawiane pozycje w jednym z ulubionych podcastów o książkach.
„Your Brain on Art” autorstwa Susan Magsamen i Ivy Ross oraz “Art Cure” napisane przez Daisy Fancourt. Podtytuł jednej sugeruje, że sztuka może mieć zmienić nas, a drugiej, że może zmienić nasze zdrowie. I że my do tej sztuki źle podchodzimy, jak do świętości i czegoś niezwykłego i nie mamy zaplanowanych wizyt w muzeach, galeriach i operach w każdy weekend, a trzeba sobie uświadomić, że sztuką jest pieczenie chleba, robienie na drutach i brudzenie się gliną i to nie jest żadne „od święta”, to powinna być codzienna czynność, równie ważna i wpisana w nasz dzień, jak zdrowe jedzenie, ćwiczenia czy dobry sen. I zdradzę Wam małą tajemnicę, że obie te książki mają związek z dość szalonymi planami zawodowymi, jakie się urodziły w mojej głowie i pewnie już za kilka miesięcy zaczną być widoczne, chociaż pewnie wtedy jeszcze z niewielkim rozmachem, ale później…

Ten tydzień był w książkach:
- KOBIETY, O KTÓRYCH MYŚLĘ NOCĄ – Mia Kankimäki
- TO NIE JEST KRAJ DLA SINGLI – Felicia Kingsley
- THE MARS HOUSE – Natasha Pulley
- WHAT GREAT PAINTINGS SAY – Rose-Marie i Rainer Hagen
- FOR WHOME THE BELLE TOLLS – Jaysea Lynn
- YOUR BRAIN ON ART – Susan Magsamen i Ivy Ross – ART CURE – Daisy Fancourt
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
