PIĄTEK

Pani Od Koreańskiego, czyli Marta Niewiadomska podrzuciła temat, który troszkę mną wstrząsnął – bohaterem jest koreańskie wydawnictwo Luminary Books. W roku 2025 to jedno wydawnictwo wypuściło na rynek 9000 tytułów, co daje średnio ponad 20 książek dziennie (do tej pory rekordzista wydawał 20 książek miesięcznie, co i tak uznawano za jakieś kuriozum). Publikowali wszystko, od poradników na każdy temat, książek o modzie, psychologii, jedzeniu, giełdzie – co kto chce. Nazwiska autorów nawet były, ale okazywało się, że nikt taki nie istnieje, podobnie zespoły redakcyjne składały się z „martwych dusz”. Kto pisał? Sztuczna inteligencja, oczywiście.

Oskarżono ich, że chcieli wzbogacić się na koreańskim systemie depozytu, czyli obowiązkowego przekazywania egzemplarzy książek w formie elektronicznej do biblioteki narodowej. Kto przekazuje egzemplarz dostaje równowartość jego ceny jednostkowej. Media, między innymi The Korean Times podkreślają, że to oznaczało, że Luminary Books wyłudza publiczne pieniądze. Skończyło się tym, że biblioteka ocenia przesłane ebooki i może je odrzucić, jako argument podając zbyt krótki tekst, powtarzalność informacji w ramach publikacji i kopiowanie w treści materiałów dostępnych publicznie i za darmo. A ustawodawcy dyskutują o konieczności zmiany prawa związanego z wykorzystaniem AI do tego typu działalności.


SOBOTA

Informacje o tym, że nie żyje jakiś pisarz lub pisarka, zazwyczaj przyjmuję dość spokojnie. Ale przyznam się Wam, że wczorajsza informacja o tym, że kilka dni temu zmarł Dan Simmons wywołała mój i mężowski wielki smutek. Gdybyśmy mieli oboje wskazać najbardziej kultową powieść czy serię powieści, to na bank w pierwszej trójce, możliwe, że nawet na pierwszymi miejscu, były „Hyperion” i „Endymion” jako cykle. Pierwszy raz słuchaliśmy ich… pewnie kilkanaście lat temu i pamiętam nasz zachwyt, taki absolutny – światem, historią, jej nieoczywistością i złożonością, sposobem pisania. „Hyperion” rzucił nas na kolana i od tych wielu lat nie puszcza ani na sekundę. I świadomość, że nie powstanie już nic podobnego, że autor nie napisze już ani linijki – nie lubię, kiedy świat traci ludzi, którzy czynili go tak niezwykłym i bogatszym literacko. Czytajcie Dana Simmonsa.


NIEDZIELA

Według Słownika Języka Polskiego „lędźwie” to u człowieka i innych ssaków część pleców znajdująca się po obu stronach kręgosłupa na poziomie miednicy i nieco wyżej. W ujęciu medycznym termin ten odnosi się do lędźwiowej części kręgosłupa i otaczających go mięśni.

A skąd „lędźwie” w tekście o książkach? Ha! „Lędźwie” pojawiły się w naszym czytelniczym życiu podczas czytania serii stworzonej przez Rebeccę Yarros „The Fourth Wing”. W angielskim oryginale pisarka używała słowa „loins”, żeby opisać reakcję na obecność lub dotyk bohaterów. W polskim wydaniu tłumaczka zdecydowała się na konsekwentne używanie tych „lędźwi”, żeby podkreślić napięcie seksualne i poziom erotyzmu między Violet i Xadenem.

Reakcja czytelników? Różna. Jedni uznali nawet, że to taki wyróżnik stylu autorki i te „lędźwie” ich lekko śmieszyły, ale były ok. Dla innych… po pierwsze podkreślali, że styl wypowiedzi bohaterów jest dość swobodny i współczesny, a tu nagle takie coś, co lekko pachnie archaizmem, a do tego pojawia się w tekście z taką częstotliwością, że aż zaczyna razić. Powstawały memy na ten temat. Toczyły się gorące dyskusje.

A u nas w domu? Te „lędźwie” stały się przysłowiowe i jeśli tylko napotykamy je w innej książce, to od razu głośno informujemy się nawzajem, że oto zabawne słowo znalazło się i w innym tekście. I właśnie to przydarzyło mi się wczoraj wieczorem i to w powieści, w której w życiu bym się tego nie spodziewała.


PONIEDZIAŁEK

Są tacy autorzy, którzy mają wrodzony dar do tworzenia i opisywania postaci tak, że czuje się do nich od pierwszych zdań sympatię lub antypatię, widzi się ich oczami wyobraźni, ze szczegółami mimiki, machaniem rękami i słyszy uroczy lub maksymalnie wkurzający śmiech.

Do grona pisarek z takim wielkim darem spokojnie mogę dodać Rose Tremain, autorkę „The Colour”, powieści, która wylosowała się z puszki i właśnie zaczęłam ją czytać. W opowieści stworzonej przez Rose (przypominam, że to połowa XIX wieku i Nowa Zelandia) jest szanowna mamusia. Mamusia została w zasadzie postawiona przez syna (wieczne rozczarowanie jej życia) przed faktem dokonanym, że na samodzielne życie w Anglii nie ma środków, więc niech się pakuje i łaskawie wybierze się na drugi kraniec globu razem z rzeczonym synem i jego nową żoną. Mamusia potrafi strzelić focha, ale rozumu też umie używać, więc pakuje się, płynie ku Nowej Zelandii i emanuje wszystkim, czym urażona mamusia emanować powinna. I Tremain opisuje ją i jej zachowania niby bez przesady, bez przerysowywania, ale jakoś tak cudownie umiejętnie, że dosłownie widzi się ten grymas na twarzy i słyszy to wzdychanie. Mistrzostwo świata.


WTOREK

Nie chcę pisać o wojnie, nie namawiam nikogo do śledzenia informacji i rozumienia tego, co się w Iranie i dokoła Iranu dzieje. Doskonale wiem, że są osoby, które, żeby zachować wewnętrzny spokój, muszą się od wszelkiego zalewu informacji odciąć. Nie widzieć, nie wiedzieć na bieżąco, nie przeżywać, bo emocje są za mocne. Ja niestety jestem z tych, którzy czują się bardziej zaniepokojeni i rozedrgani, kiedy nie widzą, więc CNN króluje w domu. Ale zupełnie przez przypadek znalazłam dzisiaj w bibliotece coś, co się niechcący wpisuje w tematykę, ale zupełnie niewojennie. Moris Simaszko napisał powieść „Dłużnik dabira”. Podejrzewam, że do znalezienia w bibliotekach i antykwariatach, ale to taka ciekawostka powieściowa, że warto. Dabir po persku to urzędnik w kancelarii, sekretarz, pisarz. I właśnie w perskie klimaty wpadniemy, a konkretnie w VII wiek i ostatnie miesiące panowania sułtana Malik-szaha oraz działalności jego wielkiego wezyra, Nizam al-Mulka. Akcja toczy się w miastach wtedy ważnych dla władzy, na przykład Isfahanie, który leży obecnie w granicach Iranu. Powieść jest dość specyficznie napisana, ale bardzo egzotyczna i pozwala poczuć tamtą pogodę, smak jedzenia, usłyszeć hałas bazaru.


ŚRODA

No i mam zagwozdkę i nie wiem, co myśleć. Jeśli jeszcze to do kogoś nie dotarło, to ja jestem największą na świecie fanką serii „Siedem sióstr” Lucindy Riley. Niestety autorka zmarła, co mnie te kilka lat temu zasmuciło potwornie, bo miałam poczucie, że ktoś mi zabiera możliwość czekania na jej nowe powieści. Co gorsze okazało się, że nie zdążyła wydać ostatniej powieści z serii „Siedem sióstr” – „Atlas. Historia Pa Salta”. Na szczęście prace były na tyle zaawansowane, a jej syn – Harry Whittaker – na tyle zaangażowany, że to on dokończył prace i ten ostatni tom pojawił się w księgarniach. Na Instagramie macie nawet moją recenzję tej powieści, że bardzo mnie cieszy, że została wydana, ale czuć, że to nie to samo. Że nie powstała cała jako dzieło Lucindy Riley, brakuje tej iskry, tego talentu do opowiadania historii. I oto wczoraj wydawnictwo Albatros ogłosiło, że pojawi się kolejna powieść, pierwsza z nowej serii osadzonej w tym samym świecie, co „Siedem sióstr” – „Orlando” – autorstwa w stu procentach Harry’ego Whittakera. I ja nie wiem, co ja myślę. Z jednej strony się cieszę, bo Orlando był jedną z moich uwielbianych postaci drugoplanowych tej serii, ale z drugiej boję się, że to nie będzie to samo…


CZWARTEK

Mam w planach zafundowanie sobie dość szczególnego doświadczenia czytelniczego, czyli sięgnięcie po romans pod wiele mówiącym tytułem „Twoja aż po grób” Ivy Fairbanks. Z opisu wydawcy wiem już, że to historia Calluma, który musi znaleźć żonę, bo inaczej straci uwielbiany biznes, czyli… dom pogrzebowy, ale on woli skok na główkę do świeżo wykopanego grobu niż randkę. I historia Lark, która po wielkiej traumie przenosi się z Teksasu do Irlandii i zostaje sąsiadką Calluma. Efekt tego nowego sąsiedztwa jest dość przewidywalny. I w sumie wydaje się, że nie powinno mnie nic zaskoczyć przed przeczytaniem pierwszego zdania, ale mnie zaskoczyło. Książka ma na początku słowniczek tłumaczący irlandzkie słówka i uczący ich wymowy. A na końcu tego słowniczka jest informacja, że jeśli chodzi o podobny słowniczek słów i zwrotów o zabarwieniu erotycznym, to znajdę go na końcu książki. Zabawne.

Ten tydzień był w książkach:

  • HYPERION i ENDYMION – Dan Simmons (oba cykle to duologie)
  • THE FOURTH WING / CZWARTE SKRZYDŁO – Rebecca Yarros (w tej chwili trylogia)
  • THE COLOUR – Rose Tremain
  • DŁUŻNIK DABIRA – Moris Simaszko
  • ATLAS. HISTORIA PA SALTA – Lucinda Riley i Harry Whittaker (tom zamykający serię “Siedem Sióstr”)
  • ORLANDO – Harry Whittaker (zapowiadane na koniec roku 2026)
  • TWOJA AŻ PO GRÓB – Ivy Fairbanks
Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(