PIĄTEK

Och, dawno się nie zdarzyło… Zaczęłam słuchać „The Mars House”, czyli książki z mężowskiego polecenia, którą Andrzej zachwycił się maksymalnie i okazało się, że za nic, ale to za nic, nie mogę się wkręcić w fabułę. Przy czym to nie książka, to całokształt życia i obowiązków zrobił swoje. Za dużo na co dzień, za dużo do planowania, za dużo do decydowania i nagle okazało się, że zabrakło mi mocy przerobowych na pełnie skupienie się na sci-fi, które na początku wymaga skojarzenia kto, gdzie, z kim i po co. Szkoda książki. Zamiast niej będzie „Dom Saphirów”. Znacznie mniej wymagająca powieść. Ale za to mojej ukochanej Marissy Meyer i do tego to jej kolejny retelling, ale nie żadnej znanej bajki. O nie! To jest retelling legendy o Sinobrodym, a akcja zaczyna się w nawiedzonym domu, gdzie „kochający” mąż zabijał kolejne żony, a duchy wcale nie są wymyślone.


SOBOTA

Ten weekend zaczynam bez specjalnej książki na sobotę i niedzielę, bo zostały mi jeszcze do doczytania te z poprzednich dwóch weekendów i bez sensu szukać czegoś nowego. Ale… Ponieważ jest niewielka szansa, że dotrze dzisiaj paczka ze Świata Książki, a w niej rzeczy, na które czekam bardziej lub mniej cierpliwie, to możliwe, że postanowienie kończenia tego, co zaczęte, zostanie wysłane do ciemnego kąta, a wieczorem otworzę coś zupełnie nowego. W sumie najlepiej by było, żeby ta paczka dotarła w poniedziałek… A co jest potencjalną „ofiarą”, na którą się czaję? Między innymi „Poławiacze sunu” Michała Organiściaka.


NIEDZIELA

Okazuje się, że po latach czytania znalazłam optymalną długość książek. Najbardziej mi się oczy śmieją i dusza cieszy do czegoś między 300 a 400 stron. Jeśli jest więcej, to nie jest żaden powód do odwlekania lektury, ale muszę mieć chociaż cień pewności, że to, w co wpadnę, będzie dobre. I w takiej sytuacji nawet 1000 stron mnie nie przeraża (pozdrawiam Maxa Kidruka od „Kolonii”). Ale ciekawiej jest z krótszymi. Nie przepadam za nimi. Jak coś ma poniżej 200 stron, to patrzę na to podejrzliwie. I wczoraj jako losowanie z puszki pojawiło się „Przebudzenie kamiennego boga”, które ma stron 170 i gdyby nie to, że to klasyka sci-fi i książka, do której wracam po ponad dwudziestu latach, to bym się mocno zastanawiała. Ale chyba teraz ta lektura cieszy mnie bardziej niż te lata temu, wtedy pamiętam swoje mieszane uczucia wobec pomysłu i wykonania. Może teraz bardziej doceniam to, że to „vintage”.


PONIEDZIAŁEK

HBO pokazało zwiastun nowego serialu o Harrym Potterze i pewnie nawet zaplanujemy świąteczne oglądanie, ale ja nie o tym. Po pierwsze nie jestem żadną wielką fanką i nie cytuję powiedzeń żadnego z bohaterów. Gorzej – pewnie nawet pomieszałabym nieco to, co się w poszczególnych tomach działo. Można rzucać kamieniami. Ale za to z pierwszym tomem Harry’ego wiąże się jedno z najbardziej emocjonalnych i przyjemnych wspomnień czytelniczych, jakie mam. Kiedy sporo lat temu zdecydowałam, że mój poziom włoskiego jest taki, że mogę się zastanawiać nad słuchaniem audiobooka, to wybór padł właśnie na pierwszy tom serii. I pamiętam do dzisiaj, gdzie siedziałam, co piłam, że kaloryfer miło grzał w plecki, a ja wpadłam po uszy, bo ta doskonale już wtedy znana historia po włosku brzmiała inaczej, momentami śmiesznie, momentami bardziej dramatycznie (włoski to „umie”). Ta radość, ta przyjemność i poczucie jakiejś językowej magii zostało mi w głowie przez te wszystkie lata. I gdybym musiała kiedyś zafundować sobie natychmiastową i radykalną poprawę nastroju, to wystarczy włączyć włoskiego audiobooka o Potterze i magia zadziała ze zdwojoną siłą – „Harry Potter e la pietra filosofale” da radę.


WTOREK

Ja wiedziałam, że tak będzie – 170 stron „Przebudzenia kamiennego boga”, to naprawdę nie jest słaba książka, chociaż jak na sci-fi za mało „sci”, nieco więcej „fi”, ale ona jest krótka! I co? I oto mamy czwarty dzień czytania… Czyli jakieś 40 stron dziennie, średnio… Czytelnicza masakra i żeby nie było – wcale nie nadrabiam żadnym audiobookiem słuchanym godzinami. Ot, po prostu taki okres w życiu. Ale ja się zepnę w sobie i w środę kończymy pana Farmera i pomysł na powieść science-fiction. Będzie recenzja.


ŚRODA

Ogłoszono już short-listę do tegorocznego Bookera. I mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że wygra powieść o Iranie. Bo to teraz głośny, nośny, politycznie gorący temat, a sama powieść jest naprawdę intrygująca i na tle innych wydaje się najbardziej egzotyczna. Nie będę się z nikim zakładać, nawet o cukierka, ale jeśli uda mi się dobrze przewidzieć, to będę z siebie dumna. Powieść napisała Shida Bazyar „The Nights Are Quiet in Tehran”. Nie ma jeszcze polskiego wydania. A sama powieść to cztery pokolenia, czterech członków rodziny i cztery historie, ale każda z nich pokazująca, jak trudno się żyje w kraju rządzonym przez religijny reżim i że ucieczka i próba znalezienie swojego miejsca w innym miejscu świata, wcale nie jest łatwa. Jak wielka polityka niszczy życie prywatne i że te tytułowe „ciche noce” mogą oznaczać zarówno spokój, jak i grozę milczenia narzuconego przez wydarzenia wielkie lub malutkie.


CZWARTEK

W tym tygodniu zmarł Wiesław Myśliwski, który u nas w domu ma specjalne miejsce, a może raczej jedna z jego powieści je ma. Myśliwski napisał między innymi „Traktat o łuskaniu fasoli”, co od lat bawi nas tytułem i powieść stała się takim synonimem literatury wyższej, trudniejszej do czytania, gdzie nie akcja, a przemyślenia są osią wszystkiego. I jak tylko chcemy powiedzieć, że coś do tej wysokiej literatury należy lub nie należy, to rzucamy tym „traktatem” i tą „fasolą” na prawo i lewo. I przyznaję się bez bicia, że go jeszcze nie czytałam, ale mam wrażenie, że to powieść, która jeszcze kilka lat poczeka, jeszcze będę do niej „dorastać”. Ale sam Myśliwski był niesamowicie ciekawym przykładem pisarza. Takiego, który nie pisał „na akord”, między powieściami mijało bardzo dużo czasu, a pisarz mówił, że on „nasiąka”, żeby pojawiła się kolejna książka, kolejny pomysł. Ale najbardziej podoba mi się cytat o tym, jak powstawały jego teksty: „Nigdy nie wiem, co napiszę na następnej stronie. Gdybym wiedział, nie chciałoby mi się pisać. Pisanie jest dla mnie procesem poznawczym, a nie relacjonowaniem tego, co już wiem”. Cudne! Gdzie te konspekty? Te plany fabuły rozpisane na trzy tomy do przodu, z potencjalnym spin-offem zaplanowanym na okres świąteczny? Gdzie pełna wiedza, co się stanie z bohaterem? Na pewno nie u Myśliwskiego.

P.S. Skończyłam „Przebudzenie kamiennego boga”, brawa dla mnie, średnie tempo czytania wyszło mi takie, jakbym czytała powieść nie po polsku, a po francusku… czyli w języku, który powieściowo stanowi dla mnie jeszcze ogromne wyzwanie.

Ten tydzień był w książkach:

  • THE MARS HOUSE – Natasha Pulley
  • DOM SAPHIRÓW – Marissa Meyer
  • POŁAWIACZE SUNU – Michał Organiściak
  • PRZEBUDZENIE KAMIENNEGO BOGA – Philip J. Farmer
  • HARRY POTTER I KAMIEŃ FILOZOFICZNY – J.K. Rowling
  • THE NIGHTS ARE QUIET IN TEHRAN – Shida Bazyar
  • TRAKTAT O ŁUSKANIU FASOLI – Wiesław Myśliwski
Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(