PIĄTEK

W kategorii „Pierwsze zdanie powieści, które zostaje w głowie na bardzo długo. Edycja 2026” (tak, już w lutym i to na początku!) wygrywa „Świat w płomieniach” Siri Hustvedt.

Powieść dzieje się w świecie sztuki i jedna z artystek dochodzi do wniosku, że nie ma środowiska bardziej zdominowanego przez mężczyzn, gdzie kobiety są niezauważane, niedoceniane i pomijane wszędzie, gdzie się da. I żeby to udowodnić, przygotowuje trzy projekty artystyczne i „wynajmuje” trzech mężczyzn-artystów, żeby je firmowali swoim nazwiskiem. Oczywiście wszystkie trzy wystawy zostają zauważone, docenione i chwalone w prasie i środowisku… Co było do udowodnienia!

A pierwsze zdanie? Uprzedzam, że będzie niecenzuralne, ale przecież przypisywane jest artystce niepokornej.

„Wszelkie poczynania intelektualne i artystyczne, nawet o charakterze żartu, ironii i parodii, wypadają lepiej w umyśle tłumu, gdy ów tłum wie, że gdzieś za wielkim dziełem lub wielką mistyfikacją kryje się fiut z jajami.”


SOBOTA

Mamy taką małżeńsko-czytelniczą umowę, że w ciągu roku możemy podrzucić do czytania tej drugiej osobie dwa tytuły, po które pewnie w innej sytuacji by nie sięgnęła. Andrzej właśnie został przeze mnie obdarowany pierwszą z tych sugestii. I przyznaję, że miałam nadzieję, że go wciągnie i mu się spodoba, ale dosłownie widziałam te wątpliwości w jego głowie. Bo łyżwiarstwo figurowe? Tak, dobrze się domyślacie – Andrzej właśnie czyta „Faworytów” Layne Fargo. I po pierwszych 50 stronach stwierdził, że dobre, zaskakująco dobre. Ufff…


NIEDZIELA

W ramach szukania dobrych książek, które autorzy zdecydowali się osadzić w świecie sportów wszelakich (tak, wiem, lekko mi odbija przez Igrzyska Olimpijskie, ale w tym roku postanowiłam się nimi wyjątkowo cieszyć). A więc w poszukiwaniu takich tytułów wpadłam na coś, co potencjalnie może być naprawdę ciekawe. Mamusia była olimpijką, i to z sukcesami, w narciarstwie alpejskim, a presję wywierał jej ojciec. Córka mamusi też jest doskonale zapowiadającą się alpejką (tak, presję wywierają już dwa pokolenia), ale córka nie daje rady, rezygnuje, idzie do szkoły artystycznej. Rozczarowanie straszne. I ta mamusia, i córka zostają uwięzione przez lawinę w małym miasteczku w Szwajcarii. Nie ma jak od siebie uciec, a i być ze sobą niełatwo. „Bluebird Day” Megan Tady nie wyszło po polsku, niestety, ale chyba zafunduję sobie angielskiego audiobooka.

Przy okazji dowiedziałam się, że wśród narciarzy i snowboardzistów używa się określenia „bluebird day”, jako określenie perfekcyjnej pogody, z niebieskim niebem i słońcem, po opadach śniegu, kiedy widoczność jest idealna, a na stoku leży świeży puch. Człowiek uczy się całe życie.


PONIEDZIAŁEK

To były czasy liceum. Zakręcenie na punkcie prozy Williama Whartona było potężne. Czytali wszyscy, bo „Ptaśka” nawet płeć męska. I chyba właśnie ten tytuł był uważany za kultowy. Przeczytałam, dzisiaj pamiętam raczej emocje niż szczegóły akcji, ale po tylu latach, nie ma się co dziwić. Za to znacznie lepiej utkwiły mi w głowie inne powieści. I przywiozłam całą kolekcję Whartona z rodzinnego domu z zamiarem, że kiedyś wrócę i sprawdzę, jak mi z jego książkami, kiedy jestem już bardzo dorosła. I bardzo mnie ucieszyło, że w ramach losowania z puszki Andrzej wyciągnął „Spóźnionych kochanków”. Wtedy to była moja ukochana powieść Whartona, zrobiła na mnie przepotężne wrażenie. Ciekawe, jak będzie po tylu latach?


WTOREK

Dzisiaj o tym, jak tłumacz lub tłumaczka może wpłynąć na to, jak odbiera się powieść i to dosłownie decyzją o jednym imieniu. W zasadzie kończę „For Whom The Belle Tolls” Jaysea Lynn. Tłumaczką jest Ewelina Zarembska. Jestem tą powieścią zachwycona. W zasadzie nie ma w niej nic, co by mi nie pasowało i doceniam tutaj i talent i wizję autorki, i pracę tłumaczki, ale… Jest w tej powieści postać dziecka, które – bo to ważne – uwielbia rekiny. Za to nie bardzo uwielbia swoje imię, więc trzeba jej wymyślić pseudonim. W angielskim oryginale to było Sharkie (od ang. shark – rekin), po polsku tłumaczka postanowiła pójść w podobnym kierunku i wybrała – bogowie, dopomóżcie – Rekiniczkę. I ta Rekiniczka nam się pałęta przez połowę książki. I z jednej strony rozumiem, że to miało być dla małej dziewczynki i bezpośrednio pochodzące od tego rekina, ale mam wrażenie, że się tłumaczka zafiskowała na tym tak mocno, że przesadziła, a raczej nie poszła w kreatywne myślenie. I nie, nie wiem, co ja bym wymyśliła, ale może już Rekinka by była mniej wnerwiająca. Może Kinia? Rekinia? Przy czym, jak zajrzycie do recenzji na Lubimy Czytać, to okaże się, że każdy „widzi” tę Rekiniczkę inaczej i oto mamy Rekineczkę i Rekoneczkę.


ŚRODA

Dottoressa Silvana Sarca, Vani Sarca na co dzień, czyli moja ukochana kobieca postać powieściowa. Vani jest inteligentna do bólu, złośliwa ponad miarę, nie potrafi ugryźć się w język, napisała najpiękniejszą książkę świata, ale nikt o tym nie wie, bo pracuje jako ghost writer.

Vani jest postacią z serii powieści kryminalno-obyczajowych napisanych przez Alice Basso. W Polsce wyszły dwa tomy: „Porachunki bezimiennej pisarki” i „Literatura to niebezpieczny biznes”. Ale oryginalnie jest ich więcej, bo pięć, a językiem oryginału jest włoski. Mam je wszystkie i papierowe, i audio i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. A że zatęskniłam za Vani okrutnie, to wczoraj wróciłam do tej serii i włączyłam sobie audiobooka pierwszej powieści z tej serii. Czy można się bawić lepiej? Pewnie można, ale nigdzie nie poszerzę tak cudownie włoskiego słownictwa o barwne epitety i wyszukane przekleństwa. A do tego wszystko dzieje się w świecie pisarzy i wydawców – u mnie wielki plus.

I przyznaję, że nie rozumiem, czemu polski wydawca kupił prawa do dwóch pierwszych tomów, a potem mu przeszło. I pewnie wyjaśnienie jest proste – nie sprzedawało się, nie przynosiło dochodów. Ale ja zawsze w takich sytuacjach mam jedno wredne pytanie – a co wydawnictwo zrobiło, żeby się sprzedawało? Niestety nie ma chyba angielskiej wersji, więc przyjemność czytania całości pozostaje dostępna tylko dla tych, którzy znają włoski.


CZWARTEK

„Dear gentle reader!” Znacie to? Pewnie kojarzy Wam się tylko z jednym serialem, ewentualnie z jedną serią powieści, bo nie zapominajmy, że Bridgertonowie to ekranizacja książek Julii Quinn. Mnie bezapelacyjnie kojarzy się serialowo! To „gentle reader”, od razu powoduje, że widzę kolorowe suknie i słyszę muzykę z serialu. I teraz zaskoczenie – ostatnio szukałam tego, co napisał na początku XX wieku pewien pastor ze Stanów Zjednoczonych, konkretnie jednego eseju. Znalazłam, okazało się, że w 1916 roku opublikował go The Atlantic i na szczęście miesięcznik zdigitalizował całe swoje archiwum, chwała bogom internetu. Ale przy okazji okazało się, że mój pastor, pan Crothers, napisał coś, co od razu spowodowało moje zainteresowanie – „The Gentle Reader”, czyli zbiór tekstów o czytaniu i czytelnikach. Nawet nie pytajcie, czy znalazłam wersję elektroniczną i czy mam zamiar poczytać. Mam!

Ten tydzień był w książkach:

  • ŚWIAT W PŁOMIENIACH – Siri Hustvedt
  • FAWORYCI – Layne Fargo
  • BLUEBIRD DAY – Megan Tady
  • PTASIEK – William Wharton
  • SPÓŹNIENI KOCHANKOWIE – William Wharton
  • TO WHOM THE BELLE TOLLS – Jaysea Lynn
  • PORACHUNKI BEZIMIENNEJ PISARKI i cała seria powieści o Vani Sarce – Alice Basso
  • cykl BRIDGERTONOWIE – Julia Quinn
Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(