Zacznę od tego, że kiedy czyta się opis „Spalić wiedźmę”, że czarownica, że Kraków, że Polania, że magia, to pierwsza myśl jest taka, że będzie prawie baśniowo, ludzie będą pomykali ulicami w kolorowych kubraczkach i ciżemkach, smok buchnie parą, ale nie mocnym ogniem (BHP i ppoż. oczywiście) i wszystko będzie jakieś takie… cudownie krakowskie i w najgorszym przypadku na Brackiej będzie padał deszcz. A tu nie!

Po pierwsze cała trylogia o Sarze Weronice Sokolskiej dzieje się w alternatywnym Krakowie, stolicy Polanii, gdzie na tronie zasiada król, a jego prawą ręką i największą obrończynią jest królewska czarownica i nawet mamy lożę magii, ale mamy też współczesność, czyli telefony komórkowe, internet i wieżowce. I uwierzcie, że co najmniej kilka razy opowieść mnie tak wciągała i była tak magiczna, że kiedy w scenie pojawiał się telefon komórkowy lub samochód, to ja się „budziłam” i stwierdzałam, że „A tak, rzeczywiście!”.

Powieści Kubasiewicz wymagają od czytelnika zaangażowania i uwagi, ale w zamian dają dobrą, mocną opowieść, po której nigdy już nie spojrzycie na Kraków tak samo.

Po drugie to nie jest „cosy fantasy”, to jest niesamowicie mroczne fantasy i to nie tylko dlatego, że wiedźmy są tu naprawdę paskudne, czarownice potrafią być bezwzględne, a scen walk z demonami jest co najmniej kilka. Ono jest mroczne również na poziomie emocjonalnym. I tutaj nie mogę Wam napisać zbyt wiele, żeby nie zdradzić tajemnic fabuły, ale powiedzmy, że śmierć nie jest tutaj przypadkowa, zawsze trzeba pilnować swoich pleców i nie odwracać się tyłem nawet do rodziny, bo słowo zaufanie nie istnieje. A do tego autorka ma talent do opisywania tych szczególnie emocjonalnych fragmentów i one się robią wyjątkowo graficzne.

Po trzecie komizm. Niby jest, bo kiedy odzywa się Sara Sokolska, to często jest to zgryźliwe, bezczelne i niby komiczne, ale właśnie „niby”, bo im dalej w opowieść, tym bardziej okazuje się, że w Sarze wszystko jest mechanizmem obronnym, nawet ta zgryźliwość. Przy okazji przyznam się Wam, że co najmniej kilka razy, pomyślałam, że to by było niezłe case study z przeżywania traumy w dzieciństwie i radzenia sobie z jej skutkami przez osobę dorosłą. Czy Sara sobie radzi? Poczytajcie, oceńcie sami, ja mam wrażenie, że średnio. Ale wracając do komizmu – ja się nie roześmiałam ani razu. I w sumie uprzedzam, że jeśli ktoś ma ochotę na radosne czytanie, to nie będzie ten tytuł. Tutaj znajdziecie wiele, ale nie radosne opisy i dialogi.

Po czwarte i moim zdaniem najważniejsze – autorka oczekuje od czytelnika uwagi i zaangażowania. Tu nie ma linearnej akcji, tu nie ma prowadzenia czytelnika za rączkę, tu jest… mnóstwo elementów, które Kubasiewicz podrzuca nam w dowolnej kolejności. Tak prosto z mostu napiszę Wam, że kiedy przeczytałam tak mniej więcej jedną trzecią „Spalić wiedźmę”, to stwierdziłam, że oto mam stosik puzzli, które mi do niczego nie pasują. Tu jakiś obraz. Tam jakieś wspomnienie. Ówdzie bohater, który pojawia się, ginie i nie wiadomo, kto to i po co. I pomyślałam, że w sumie to debiut autorki i będzie od niej wymagało sporo talentu, żeby dać czytającemu możliwość poukładania tych puzzli z sensem. I zdradzę Wam, że moim zdaniem to się jej udało i to doskonale.

I jak to z takimi powieściami, gdzie dużo się dzieje i gdzie są wątki tajemnic i morderstw – nie bardzo jest Wam jak opisać akcję, żeby za wiele nie zdradzić. Ale bezpiecznie jest powiedzieć tyle, że jesteśmy w tym alternatywnym, współczesnym Krakowie, nad którym zawisają ciemnie chmury – dosłownie i w przenośni. Magiczni nie bardzo sobie radzą z pojawiającymi się demonami, stworami i poczuciem, że zło wisi w powietrzu. Król lekko panikuje, bo ostatecznie jest odpowiedzialny za poddanych, miasto i państwo, a jego nadworna wiedźma nigdy nie jest tam, gdzie on jej potrzebuje. Nie bierze jednak pod uwagę, że Sokolska jest dokładnie tam, gdzie być powinna i próbuje na własną rękę dokonać cudu i pokonać to zło, które na początku nie ma ani twarzy, ani konkretnego miejsca, skąd może pochodzić. Ale spokojnie, Sara jest uparta i nieortodoksyjna w sposobach postępowania. Jest też nielubiana, nieakceptowana przez innych magicznych i niesamowicie tajemnicza, bo nawet nie wiadomo, skąd pochodzi i kto ją szkolił. I najgorsze w oczach innych – jakim cudem król jej ufa.

Czy dowiecie się tego z pierwszego tomu? Nie! Zostaniemy po nim z całym mnóstwem niedopowiedzeń, przebłysków wspomnień, dziwnych strzępków wizji, ale one nie stworzą żadnego spójnego obrazu. Sara Weronika Sokolska pozostanie enigmą, ale uspokajam – te brakujące elementy będą dotyczyły tylko głównej bohaterki, bo jeśli chodzi o akcję główną, to dostaniemy wszystkie puzzle i cały obrazek.

I tu dochodzimy do tomu zerowego, czyli prologu (albo, jak kto woli, prequela) do „Spalić wiedźmę”, czyli powieści „Przeminęło z wiedźmą”. Kubasiewicz przeniesie nas nieco wcześniej, w czasy, kiedy Sara podróżowała po Europie w towarzystwie latawca Boreasza, a ich drogi nieuchronnie prowadziły w kierunku Krakowa. I dopiero tutaj dostaniemy te brakujące puzzle dotyczące głównej bohaterki, jej przeszłości, jej traum, pochodzenia jej mocy i tajemnic związanych z jej rodziną. Jeśli chodzi o sposób pisania, charakter tej opowieści, jej treść – wszystkie pierwsze akapity tej recenzji odnoszą się również do „Przeminęło z wiedźmą” – jest mrocznie, traumatycznie, momentami krwawo, momentami bardzo dramatycznie. Ale jeśli porwała Was historia z pierwszego tomu, to ten jest w zasadzie obowiązkowy.

Jest tylko pytanie, w jakiej kolejności je czytać? To zależy, czego chcecie.

Jeśli chcecie pełnej wiedzy i poczucia, że nie gubicie się w opowieści, a stosik puzzli, które nie wiadomo, gdzie w danym momencie włożyć, Was frustruje, to sugeruję kolejność chronologiczną powieściowych wydarzeń, czyli najpierw tom 00 „Przeminęło z wiedźmą”, a potem tom 01 „Spalić wiedźmę”. Odbierze to temu drugiemu sporo zaskoczeń i tajemniczości, ale wiele osób po prostu nie lubi czuć się zagubionymi w powieści.

Jeśli jednak lubicie zagadki, pewien poziom niepewności i podążanie za okruszkami zostawianymi przez autorkę, to czytajcie w kolejności chronologicznej pisania, czyli najpierw „Spalić wiedźmę”, a dopiero potem „Przeminęło z wiedźmą”.

Ja jestem za tym drugim podejściem, ale to moja bardzo subiektywna opinia.

Oba tomy dostały solidne 7/10.


Tom pierwszy „Spalić wiedźmę” dotarł do nas z wydawnictwa SQN i ten wpis jest częściowo wynikiem współpracy recenzenckiej. „Przeminęło z wiedźmą” to już nasza własna inwestycja w bardzo przyjemne doświadczenie czytywania polskich autorek.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(