Zacznę z zupełnie innej beczki, ale obiecuję, że szybko wrócimy do „Antarktyki”. Kiedy pojawiły się pierwsze recenzje „Katabazy” pani Kuang, to wśród największych początkowych zarzutów było to, że ona używa takich zwrotów, nazw, definicji i opisów, jakby chciała udowodnić, że jest mądra, wykształcona, wie więcej niż jej czytelnicy i zmusza tych nieszczęsnych czytających do częstego sięgania po pomoc Google’a, bo inaczej nie ogarną, co czytają.
Taaaaaak…
Ja bym tym recenzentom (z całym szacunkiem do ich opinii o „Katabazie”) zasugerowała poczytanie „Antarktyki”, wtedy ich spojrzenie nabierze innej perspektywy i pani Kuang stanie się nagle przyjazna, prosta i nieproblematyczna. I od razu odpowiem na potencjalnie zadane pytanie – tak sprawdzałam kilka rzeczy w Google podczas czytania „Antarktyki”, między innymi – i to dopiero chichot losu – co to jest „wiatr katabatyczny”.
„Antarktyka” dostała ode mnie 9/10 gwiazdek i jestem nią absolutnie, bezapelacyjnie zachwycona. Ale jednocześnie wiem, że te moje zachwyty wynikają między innymi z tego, że ta książka trafiła na „swój czas” i moje dobre podejście do czytania tego typu tekstu. W pełni rozumiem osoby, które przebrnęły przez te symboliczne zwały powieściowego lodu i śniegu i dały książce 4 gwiazdki, z komentarzem, że nie mają pojęcia, po co autor napisał mniej więcej 1/3 objętości, mógł sobie darować. I nie rzucę nawet kamyczkiem żwiru w tych, którzy książkę uznali za swoje DNF*** i nawet nie mają ochoty o niej mówić, bo od razu przypomina im się ta droga przez powieściową mękę.
To jedna z tych książek, która musi trafić na „swój czas” i dobre emocje czytelnika, wtedy zachwyci. Jak nie trafi…
Kim Stanley Robinson chyba najbardziej znany jest ze swojego cyklu marsjańskiego, który zaczyna się powieścią „Czerwony Mars” i już ten tytuł pokazuje, że autor, który nie ma żadnego wykształcenia związanego z naukami ścisłymi, robi taki research do swoich powieści, że naprawdę można tylko podziwiać. Przy czym, lekko złośliwie powiem Wam, że mam nieodparte wrażenie, że jak już ten research zrobi, to potem chce go bardzo, bardzo, bardzo w całości wykorzystać w tekście i zaczynają się pojawiać całe fragmenty, które dla fabuły mają niewielkie znaczenie, bo są czystą wiedzą „na temat”. I nie, nie zarzucę mu, że chce się pochwalić, że on wie, a my nie. Raczej chce tę wiedzę siać na prawo i lewo, mając nadzieję, że czytelnik dzięki temu skończy czytać jego powieści mądrzejszy.
„Antarktyka” powstała zaraz po cyklu marsjańskim, jakby Robinson miał dość pisania o odległych planetach, kiedy na naszej ma tak wdzięczny i niesamowity obiekt do opisania – Biegun Południowy wydał mu się chyba wyjątkowo intrygujący. Przy czym nie tylko jako miejsce do bycia i życia (trudne), ale też bardzo specyficzne pole badań naukowych (też trudne i budzące kontrowersje), a przede wszystkim przedmiot sporów politycznych całego świata (i jeśli nie wiecie, o co chodzi, to jak zwykle chodzi o pieniądze, tym razem z eksploatacji złóż, jakie tam są). I jeśli już wiecie, jakie trzy główne osie ma ta powieść, to wiecie też jakich „wykładów”, na jakie tematy można się spodziewać. Mamy całe długie fragmenty związane z badaniami naukowymi, sporami między frakcjami uniwersyteckimi, mnóstwo trudnych słów dotyczących glacjologii, paleontologii, geologii. Mamy polityczne wywody o demokracji, dominacji bogatych, wartości spółek pracowniczych, walce przeciwników politycznych, a wszystko to osnute wokół tego, że nagle nie podpisano przedłużenia Traktatu Antarktycznego, który miał te tereny chronić przed ograbieniem, zanieczyszczeniem i zniszczeniem. Ale to wcale nie te dwa tematy są opisywane najdłużej i najbarwniej. Mamy jeszcze trzeci „obszar naukowy” – historię zdobywania Bieguna, gdzie nazwiska Scott, Shackleton i Amundsen są odmieniane przez wszystkie przypadki, ich wyprawy i podejścia do ich przygotowania porównywane i krytykowane (och, to zjadanie psów).

To już wiecie, co jest kanwą tej opowieści, jakie tło mamy w tekście, a teraz akcja! Bo akcja jest, tylko „rozsmarowana” na tej naukowo-historycznej pajdzie powieściowego chleba. Zaczynamy w McMurdo, czyli stacji naukowo-badawczej, poznając Iksa, pracownika bardzo szeregowego i nic nieznaczącego, oraz Val, przewodniczkę wycieczek po Biegunie, zazwyczaj śladami kogoś z historycznych zdobywców. Iks staje się bohaterem pierwszego „bum”, kiedy to jedzie jako „dozorca” konwoju ciągników transportujących rzeczy z lodowego punktu A do punktu B, który to konwój jest w zasadzie automatycznie sterowany, a Iks jest tam w razie problemów. I problem się pojawia. A kiedy o problemie słyszy Waszyngton, to wysyła swojego przedstawiciela i tak oto poznajemy trzeciego głównego bohatera powieści – Wade’a, pracującego dla senatora z USA. Ta trójka przeżyje na Biegunie przygody, które dosłownie będą zapierać dech w piersi i nie, nie napiszę Wam jakie, ale powiedzmy, że będą wybuchy, tajemniczy ludzie, śnieżyce, wicher, loty nad lodowymi połaciami i próby przeżycia „spacerów” po 100km bez odpowiednich zapasów. I będzie „dance party”, czyli tańce w starej bazie… Ten opis zostanie ze mną chyba do końca życia.
I jeśli coś jeszcze mnie zaskoczyło, oprócz wariackiego dance party, to fragmenty, które są zapisem transmisji, jakie prowadził Chińczyk, jeden z klientów Val, z wyprawy śladami Amundsena. Specjalista od geomancji i feng shui. Na początku nie wiemy, że fragmenty tekstu to właśnie jego komentarz do tego, co widzi i czuje. Efekt? Kończymy akapit wybitnie naukowy, o lodzie, detekcji szczelin i tak dalej, a sekundę później jest coś o ognistych ogonach smoków, energii i do tego coś w rodzaju haiku „niebieskie niebo, biały lód”. Wow! Przy czym postać tego dziwnego Chińczyka staje się niesamowicie sympatyczna wraz z rozwojem całej historii.
Czas na króciutkie podsumowanie – czemu „Antarktyka” jest taka cudowna, taka trudna do czytania i tak zaskakująca? Bo nie mamy równej akcji, obudowanej wiedzą w formie akapitów „wykładowych” i wtrąceń o przeróżnym charakterze. Mamy początek powieści, gdzie jest „bum”, potem długi fragment, gdzie w sumie niewiele się fabularnie dzieje, a raczej nie dzieje się szybko, za to jesteśmy zasypywani rozważaniami, naukowymi wywodami, słownictwem jak z podręczników i traktatów politycznych oraz pamiętników zdobywców Bieguna. I tak mniej więcej do połowy, a później? A później zaczyna się szalona fabularna jazda bez trzymanki, czyta się bez tchu i z wypiekami na twarzy, a na koniec… wszystko zwalnia, zatrzymuje się i nagle znowu mamy coś, co tonie po kolana w politycznym i naukowym bagienku.
Co nie zmienia mojego zdania o książce – cudowna, genialna, nierówna, trudna czytania i trudna do zapomnienia. Na bank za kilka lat będę chciała do niej wrócić, żeby już spokojniej przeczytać ją jeszcze raz.
A na koniec pierwsze zdanie powieści, wyjątkowo adekwatne do tego, co to miejsce robi z człowiekiem: „Najpierw zakochujesz się w Antarktydzie****, a potem ona łamie ci serce”.
Ukłony dla tłumacza Łukasza Praskiego za wielką pracę, jaką bez wątpienia musiał wykonać przy tym tekście. Jestem zachwycona efektem.
***DNF – Did Not Finish, czyli książka nieskończona, porzucona na dowolnym etapie czytania, zazwyczaj z powodu tego, że czytający uznaje ją za słabą, niespełniającą jego oczekiwań lub trudną do przebrnięcia.
**** Chyba zaraziłam się od Robinsona potrzebą siania wiedzy na prawo i lewo, dlatego szybko wyjaśnię Wam nazewnictwo. Arktyka, czyli obszar Ziemi otaczający Biegun Północny (to nie w tej powieści, tu nie zawitamy). Antarktyda, czyli kontynent, gdzie znajduje się Biegun Południowy. Antarktyka, czyli obszar Ziemi na południu, który obejmuje Antarktydę i wody wokół niej wraz z wyspami, jakie są tam położone. No i wszystko jasne. Ale sama musiałam to sobie sprawdzić, bo się pogubiłam.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
