Wracamy do „Zimowania” i tego, że to jedna z tych książek, która potwornie rozczarowuje ludzi i to wcale nie jest wina samej książki. O tym, że do tego rozczarowania przyczynia się mamienie i nęcenie czytelnika opisami na okładce, które bywają bardziej kolorowe niż rzeczywista zawartość, już było w części pierwszej tego wpisu. Dzisiaj druga kwestia i przestanę się znęcać nad wydawcami i ich działami marketingu. Poznęcam się nam nami, czytelnikami i tym, że sami przyczyniamy się do własnego rozczarowania.

Czego chcemy od książki, która ma nas czegoś nauczyć, pokazać nam drogę, wyjaśnić, podrzucić te afirmacje i generalnie nie jest powieścią, a czymś, co ma – przepraszam za słownictwo, ale samo mi się ciśnie na usta i klawiaturę – ubogacić nasze życie?

Otóż chcemy mądrości i wiedzy w wersji „instant” lub „ekstrakt”. Najlepiej, gdyby było konkretnie, takie szybkie recepty na problemy. Precyzyjne odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Jakaś lista do odhaczenia kolejnych kroków kolorowym mazaczkiem, żeby od razu było widać progres… tfu!, postęp. Ankieta jakaś też może być, żeby się zdiagnozować od razu i bez wątpliwości, bo jak nam wyjdzie, że mamy same odpowiedzi A, to jesteśmy introwertykiem, a jak same odpowiedzi B, to ekstrawertykiem, a pośrodku to się daje zakwalifikować jako ekstraintrowertyk lub introekstrawertyk. I jeśli wyszło nam A, to przechodzimy do rozdziału 12., a jak B to do rozdziału 15., a jak jesteśmy typami mieszanymi, to też idziemy do odpowiednich rozdziałów, a tam cała rozpiska, jak żyć i radzić sobie z wyzwaniami.

Bo wiele osób chce przepisu i listy rzeczy, które będą mogli sobie odhaczyć kolorowym mazaczkiem, a nie opowieści, z której mają wyciągać wnioski.

I takie poradniki istnieją. Są ekstremalnie popularne i spełniają nadzieje wielu poszukujących wiedzy – dają przepis, dają listę, dają poczucie, że idziemy od etapu do etapu. Czy są skuteczne? A to już różnie bywa. Ale dają minimum wiedzy teoretycznej i maksimum precyzyjnych rad. A ta skuteczność i tak zależy od tego, czy to my, czytający te poradniki, się naprawdę zaangażujemy. I to jest właśnie kwestia kluczowa, a może nawet problem (lub wyzwanie, jeśli ktoś woli). I przyznam się Wam, że ja tę kwestię zauważyłam dopiero, kiedy sama trafiłam na terapię i dotarło do mnie dobitnie, że moja psycholożka nie da mi recept, przepisów i rad. Ona mi pozwoli w bezpiecznym i profesjonalnym otoczeniu „rozkminić” swoje problemy samodzielnie. Podpowie coś, podsumuje (czasami jednym zdaniem tak celnie, że mi szczęka opadała), zasugeruje i zapyta, czy to jest coś, co widzę jako sposób na rozwiązanie moich problemów, czy mi z tym komfortowo, czy mnie uwiera sama myśl o czymś. I to był chyba moment, kiedy przestałam czytywać poradniki. Bo uświadomiłam sobie, że żaden tekst, żadna lista, żaden rozrysowany schemat postępowania nie rozwiąże moich problemów, jeśli to ja sama nie wlezę w nie po kolana i nie odpracuję swojego. I nie, nie wszystkie poradniki omijam szerokim łukiem, ale powiedzmy, że w roku zbierze się tego może trzy tytuły, a i do nich podchodzę teraz inaczej. Ale wracamy do „Zimowania”.

„Zimowanie”, jak już wiecie, jest przez autorkę uważane za pamiętnik, ale to nie znaczy, że nie może się dla nas stać poradnikiem, punktem wyjścia do „rozkminiania” samego siebie i swojego podejścia do życia. Ale to oznacza nasze proaktywne podejście do tekstu i treści. U mnie to jest tak, że czytam rozdział na danym miesiąc i od razu dzielę sobie w głowie treść na mniej więcej trzy grupy. Po pierwsze „to mnie na szczęście nie dotyczy”. Po drugie „mam te same problemy, ale inne podejście do patrzenia na nie i ich rozwiązywania”, a może warto spojrzeć, co o nich pisze autorka, bo może ona ma jakiś sposób, który by się u mnie sprawdził. A może nie ma, bo nie jest alfą i omegą psychologii i terapii. I trzecia grupa „jeżu złocisty, mam identycznie” słowo w słowo, emocja w emocję, reakcja w reakcję. Nie ma rad, nie ma recept, nie ma list. Jest bardzo osobista historia kogoś, kto miał odwagę się nią podzielić, a ja mogę coś w niej znaleźć dla siebie, ale to oznacza, myślenie, mielenie w głowie, zastanawianie się i często wracanie do tych dwóch kluczowych akapitów sześć razy, bo coś mi w nich nie daje spokoju. A czasami przejście nad jakąś częścią prawie bez emocji, bo mam wrażenie, że została opisana zupełnie nie moja emocjonalna bajka.

I ja się nie czuję rozczarowana „Zimowaniem”, bo wiedziałam doskonale, że to nie jest poradnik. Ale za to jest to coś, co nazywam od dawna „tekstem-lustrem”. Mogę przejść obok niego prawie obojętnie i tylko rzucić okiem i pewnie nie zobaczyłabym w nim prawie nic. Mogę stanąć na chwilę, popatrzeć, wyłapać coś, co najbardziej rzuci mi się w oczy i w sumie też iść dalej, bo pewnie niewiele z tego wyniknie. Albo mogę to lustro potraktować jako miejsce, gdzie się zatrzymam na dłużej. Poprzeglądam się w nim uważnie, zauważę parę rzeczy, które wprawią mnie w zachwyt, parę mnie zaskoczy, a kolejnych kilka wcale mi się nie spodoba. Ale to ja decyduję, jak bardzo to lustro będzie mi pomocne. Ja decyduję, na ile mam sił, żeby się w nim przeglądać uważnie i bez przymykania oczu na to, co trudne. A to ważne – czasami mamy w życiu taki moment, że po prostu nie mamy sił na dłubanie w psychice, grzebanie w przeszłości, to przysłowiowe rozkminianie. Wtedy omija się lustra, a przygarnia do siebie kocyki i wszystko, co miłe, ciepłe i ładujące akumulatory.

I jeszcze dwie rzeczy, ciekawostki już raczej. Po pierwsze jest taka teoria, że zima nie jest momentem na wielkie zmiany i rewolucje. Od wieków nasi przodkowie przygotowywali się, żeby zimę przetrwać, żeby w jej czasie odpocząć, żeby dbać w sumie o to, co najbliżej nich, tak naprawdę zamykali się w domach i czekali wiosny. Bo to wiosna oznaczała odrodzenie. „Zimowanie” w wielu aspektach ten pogląd powiela. Może dlatego od kilku lat te noworoczne postanowienia mi tak strasznie nie pasują. Bo i tak wiem, że nie bardzo mam siłę na rzucanie się w wir działań, zmian, rewolucji i pisania długich list. Zimą lekko hibernuję. Dni są za krótkie, światła za mało, sen zwycięża ze wszystkim. Wiosną mogę wszystko. Może dlatego przeniosłam planowanie rewolucji na czas w pobliżu moich wiosennych (na szczęście) urodzin.

I druga ciekawostka – tekstem-lustrem, powieścią-lustrem a nawet filmem-lustrem może zostać wszystko, co sprawi, że Wam coś w duszy zagra. W moim przypadku, gdybym miałam wskazać Wam największe, najbardziej znaczące dla mnie lustro w moim życiu, to nie będzie to żadna ambitna powieść, żaden potężny poradnik, żadne wielkie nazwisko. U mnie lustrem, które zadziałało najpotężniej i zmieniło wiele w moim życiu, był film… „Legalna blondynka”. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(