Czytam sobie „Zimowanie”, powoli, zgodnie z upływem miesięcy, czyli grudniowy rozdział na początku grudnia, styczniowy na początku stycznia. Czytam i dobrze mi z tą książką, spokojnie i wprawdzie mam wrażenie, że momentami autorka za bardzo przypomina mnie i wcale mi się to nie podoba, bo zazwyczaj mamy podobne schematy myślenia i działania tam, gdzie jest stres i strach. I na pewno spodziewajcie się wiosną recenzji, kiedy już skończę całość i będę miała „przemyślenia”.
Jednak kilka dni temu trafiłam na tekst na Instagramie, w którym autorka tegoż tekstu napisała, że czuje się potwornie rozczarowana i stworzony przez nią wpis nawet nie jest recenzją, jest bardziej ostrzeżeniem, że ta książka nie jest tym, czego się wszyscy spodziewają i ona z niej nie wyniosła nic, bo to tylko „zapis myśli białej uprzywilejowanej kobiety”.
„Zapis myśli białej uprzywilejowanej kobiety” stwierdziła czytelniczka w jednej z recenzji i z jednej strony ma rację, ale z drugiej…
Oj, powiem Wam, że od razu mi się leciutko podniosło ciśnienie i nie, wcale nie na autorkę tego ostrzeżenia, bo ona ma prawo do swojej opinii i nie sponiewierała personalnie pisarki, ona napisała, co myśli i wskazała winnego tego stanu.
I właśnie od tego zacznijmy. Ja nie wiem, ile razy w ciągu tego roku napisałam Wam, że opisom wydawcy to trzeba wierzyć tak, jak wędkarzom amatorom opowiadającym o wielkości złowionej ryby. Opis wydawcy zawsze będzie „nęcił”. A to jest książka dla kochających serial „Kochane kłopoty” (a w treści zero podobieństw, oprócz flanelowej koszuli bohatera). A to jest kryminał w stylu Agathy Christie (a nawet z maksimum dobrej woli tych punktów zbieżnych nie znajdziemy). I tak dalej. Opis wydawcy niestety nie tylko jest tworzony jako narzędzie marketingowe i w wielu wypadkach odbiega od rzeczywistości, a może raczej tą rzeczywistość naciąga do maksimum. On jest tworzony tak, żeby czasami dwa, trzy zdania sprzedawały tytuł. Kropka.
Gdyby „Zimowanie” miało napisane na okładce, że to spokojna, refleksyjna, autobiograficzna opowieść o kobiecie w średnim wieku, która próbuje poukładać swoje życie w momencie tak niesprzyjającym jak zima i po dramatycznych wydarzeniach. Opisuje swoje dni, wspomina podróże i spotkania. Dzieli się problemami… Kupilibyście? Może. A może wcale nie, bo co w tym opisie intrygującego. I tu od razu podzielę się z Wami ciekawostką – „Zimowanie” jest określane przez autorkę jako forma pamiętnika… Ani słowa o poradniku…
To teraz cytuję z tylnej okładki polskiego wydania: „(…) to kojąca i medytacyjna opowieść o przeżywaniu życiowych zim. Zaproszenie do łagodniejszego spojrzenia na trudne okresy w naszym życiu i docenianie tego, w jaki sposób nas wzbogacają. Niczym najlepsza przyjaciółka ta książka uczy spokojnego i mądrego reagowania na trudności, afirmacji autentyczności i prawdziwej troski o siebie.” Koniec cytatu. Przy czym nie wiem, na ile jest to twórczość własna polskiego wydawcy, a na ile kalka z oryginalnego wydania, bo tego drugiego nie miałam w dłoniach, więc nie rzucam kamieniami w nikogo.

Co mi się jako pierwsze rzuciło w oczy? „Uczy”, czyli poradnik jak się o siebie zatroszczyć w czasie tak trudnym jak zima, kiedy jest szaro, zimno i ponuro, rzeczywiście i metaforycznie. Afirmacje, prawdziwa troska o siebie – określenia, które powinny doskonale „sprzedawać tytuł”.
Tylko ta książka nie jest poradnikiem! Nie jest żadnym zapisem tego, jak się troszczyć. Niczego nie afirmuje. Ta książka jest bardziej pamiętnikiem bardzo realnego życia, gdzie mało afirmacji, a dużo bezsenności i zamartwiania się. Gdzie owszem jest dużo o potrzebie troski o siebie, ale jeszcze więcej o tym, że ciało pokaże nam, kiedy ma dość, bo się pochoruje i to w najbardziej zaskakujące sposoby. O emocjach, jakie wywołuje podróż do innego kraju i podglądanie, jak tam wyglądają zwyczaje okołoświąteczne. O próbie patrzenia w siebie i rozumienia siebie, ale czy te próby są udane? A to już bywa różnie. Autorka pisze o sobie. Ona nie jest psychologiem, który tworzy poradnik. Ja miałam wielokrotnie wrażenie, że sama poradnika potrzebuje.
I co się dziwić autorce wpisu na Instagramie, kiedy omamiona opisem na okładce, plus wpisami „influenserów” na Instagramie, którzy często nawet książki nie otworzyli (nie było na co patrzeć, bo nie było obrazków), ale piszą, co wydawca sugeruje napisać, powielając nieścisłości, a czasami po prostu głupoty.
Dlatego ja się czasami śmieję z Andrzeja, który zaczyna ze mną rozmawiać o jakiejś książce do kupienia od podsumowania, jakie to ma recenzje na Lubimy Czytać czy Goodreads. Ale on robi coś, co ma go uchronić przed rozczarowaniem. On nie czyta opisu wydawcy (a raczej nie tylko to czyta), on sięga po mądrość zbiorową i próbuje zbudować sobie obraz powieści czy jakiegoś cyklu na podstawie tego, co o jego treści napisali inni, którzy przeczytali i nie są od tworzenia „kontentu marketingowego”, nie są od „trzech zdań, które sprzedadzą powieść”. Może im się podobało, może nie, ale jeśli coś opisanego jako poradnik, poradnikiem wcale nie jest, to podzielą się tą informacją.
I tak już dla porządku odniosę się jeszcze do tej „uprzywilejowanej białej kobiety”. Nie lubię tego określenia. Do tego jeśli używa się go wobec zwykłej kobiety, białej owszem, ale rasy sobie nie wybieramy, która mieszka w Wielkiej Brytanii, ma męża i syna, ale jakoś nie słyszałam ani nie czytałam o jej bogatej arystokratycznej rodzinie, funduszu powierniczym ani posiadanych trzech nieruchomościach z przyległościami i służbą, to już przesada. A że pani może pojechać na Islandię albo pójść na terapię… Tak, wiem, że nie każdego na to stać, ale może jednak nie przesadzajmy z tym uprzywilejowaniem. A poza tym nie wygląda na „ofiarę” chirurgii plastycznej, nie świeci na zdjęciach złotymi bransoletami, ciuchami od projektantów ani markowymi torebkami. Wydaje się sympatyczna i bardzo zwyczajna (co potraktujecie jako komplement, bo nie miałabym ani sekundy wahania, czy mogę do niej podejść i zagadać, czy może powinnam się umawiać przez asystentkę).
Ale moim zdaniem jest jeszcze jeden powód rozczarowania książkami takimi jak „Zimowanie”. Ale o tym w części drugiej, która za kilka dni.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
